Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farbowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą farbowanie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 stycznia 2019

Miksohenna bez kitu - przygotowanie oraz efekty

Miksohenna bez kitu - przygotowanie oraz efekty
Już dawno zapowiadałam swoje wielkie hennowanie i tzw. come back, ale czas na niego nadszedł dopiero wczoraj. Nie będę ukrywać, że jak dowiedziałam się od Justyny, że chce mi wysłać Miksohennę, to postanowiłam na nią poczekać, a przy okazji dać jej rzetelną recenzję i pokazać efekty na naturalkach. Mieszankę zrobiłam w zasadzie standardowo jak na mnie, bo użyłam gluta, herbatki owocowej (SUPEROWOCE - sam susz) z hibiskusem (łyżka), a jedynym nowym dodatkiem był wywar z czarnej malwy, którą Justyna przy okazji też mi wysłała. Koniecznie obczajcie post Justyny o miksohennie TUTAJ. A po przeczytaniu posta zostańcie na PS, bo tam kilka słów od niej i rady, jak by to zrobić może i lepiej.


Jak przygotować hennę


Rutyna przygotowywania zawsze wygląda tak samo, czyli gotujemy gluta, parzymy ziołowe dodatki  i mieszamy wszystko z proszkiem.  Tym razem trochę się ociągałam i hennowy proszek połączyłam z dodatkami, jak glut był już prawie zimny, ale chwilę później wszystko włożyłam do piekarnika na prawie 50° i leżało sobie to tam trochę ponad 2 h. Mówią, że karma wraca, więc nie musiałam się męczyć sama, tylko nakładała mi ją tym razem Wioletta (zobaczycie ją w filmie :D). Najpierw poszły odrosty, a później długość zawijałyśmy w ślimaczki. Jakimś cudem to zniosłam i włosy zawinięte w 2 czepki foliowe pod czapką i starą poszewką na poduszkę trzymałam praktycznie 6 h (no może 5 i pół). 


Zmywanie henny


Zmywanie okazało się trochę bardziej hardkorowe niż zwykle, bo po przeprowadzce nie mam już wanny. Wszystko się chlapie dookoła na podłogę, a w przypadku ziół jest to naprawdę niepożądane. Wymyślam sobie, że włosy najpierw wypłuczę w wiadrze do mopa. Bardzo dużo błotka udało mi się spłukać w ten sposób, a potem tylko wyniosłam wiadro spod prysznica i już umyłam głowę normalnie pod bieżącą wodą ze słuchawki (oczywiście mam na myśli spłukanie ziół samą wodą!). Bardzo na plus oceniam wypłukiwanie się tych ziół - miksohenna jako jedyna z bardzo nielicznych już przy pierwszym razie potrafi się wypłukać do CZYSTEJ(!) wody. 


To jaka jest ta opinia


Z konsystencji nakładania i spłukiwania jestem naprawdę bardzo zadowolona. Dodatkowo ta henna ma dużo mniej intensywny zapach niż reszta dotychczas przeze mnie stosowanych. Choć nie  zaprzeczam, że mogę to zawdzięczać braku dodania kozieradki (ale nie było też tak wielu razy z kozieradką, jak mogłoby się wydawać), po prostu samo zioło jest o wiele mniej intensywne i nawet na świeżo na sucho nie było czuć nic. Przy myciu oczywiście jest inaczej, ale to normalne. Kolor moich mysich odrostów jest jeszcze marzeniem o czerwieni, ale każdy następny raz będzie już bliżej ideału. Zresztą widzicie zdjęcia - jak myślicie, to już jest czerwony? Jeśli chcecie zobaczyć cały proces mieszania i jak wyglądałam w błotnych ślimaczkach z przodu, to zobaczcie film, na końcu też trzepię moimi powstałymi z martwych falami :D
Umyłam je już pierwszy raz - Vatiką z czarnuszką. Puściły trochę koloru w wodę, ale to i tak niewiele. Zapach nie przyprawia mnie o mdłości, jak to było kilka poprzednich razów, gdzie nawet na sucho nie mogłam zasnąć. WIELKI PLUS!


Słyszałam, że ta henna to siekiera i łapie jak mało która, ale w zasadzie nie spodziewałam się, że ten kolor za pierwszym razem będzie taki ładny! Nawet na odrostach! Co prawda liczyłam na dużo bardziej czerwoną wersję, ale ta, jak na pierwszą warstwę i pierwsze hennowanie, po praktycznie 7 miesiącach, to jest naprawdę ekstra. Tu filmik:



PS Justyna radzi:
- zmiksować trochę malwy - poodrywać płatki, rozciapać z wodą, dodać jako praktycznie glut do proszku
- wtedy już nie dawać normalnego gluta z siemienia, bo ta henna z malwą się zażelują same z siebie
- czerwień z henny trzeba nabudować, bardzo rzadko wychodzi za pierwszym razem (stąd moje bardziej miedziane odrosty, a piękna głęboka czerwień dołu), wymaga cierpliwości i sporej ilości warstw, wszystko idzie według kolejki: rudy/miedziany, czasem po drodze brąz i dopiero czerwień, ale nie Arielka, tylko wino, burgund, nawet lekko fioletowawa i bardziej zimna - stąd najbardziej popularny dodatek w postaci amli (choć to dopowiedziałam sobie sama i wcale nie musi to być amla, jak widać - zajrzyjcie do Justyny na wpis o kontroli koloru :))

poniedziałek, 12 lutego 2018

Czerwona henna - Light Mountain Bright Red

Czerwona henna - Light Mountain Bright Red

Hej!

Wiele z Was zainteresowało się moim ostatanim hennowaniem - przygotowaniem henny,  użytymi dodatkami, nakładaniem, zmywaniem, a na końcu, pewnie najbardziej efektami! Spieszę zatem z wyjaśnieniami. Zaczynamy!


Na zdjęciu przedstawiłam wszystkie (oprócz siemienia lnianego) użyte produkty. Macie już pomysł na połączenie tych składników, aby stworzyć odpowiednią mieszankę? No dobra, napiszę Wam, jak ja zrobiłam i co ewentualnie bym poprawiła lub zmodyfikowała.
Pierwszym kluczowym elementem, zdecydowanie najważniejszym, jest dobranie henny. Słynąca ostatnio ze swojego najczerwieńszego koloru, właśnie Light Mountain z wilkiem na opakowaniu, przedstawiana z koloru jako Bright Red to mój typ. Poniżej zdjęcie z dokładnie obfotografowanymi bokami pudełka. 
Pewnie już wiecie, że znaczna większość używanych przeze mnie produktów, przeważnie nie jest stosowana zgodnie z opisami. Tak też było z tą henną - nawet nie przeczytałam, jak producent poleca ją stosować. Jedno jest jednak pewne - moja henna ze zbiorów w 2016 roku, ma w składzie tylko lawsonię. Nowsze zbiory możliwe, że były mniej czerwone i posiadają już dodaną amlę - to będzie dla Was kluczowa informacja, jeśli chcielibyście mieszankę zakwaszać - generalnie powinna być już gotowa do zalania i odstawienia. Moja Light Mountain została zamówiona na iHerb, sklep polecam, choć dostawa jest dość długa :) Na pewno opłaca się złożyć w kilka osób na wspólne zamówienie.


Po zagotowaniu glutka (konsystencja odpowiednio rzadka, wg TYCH przepisów na pewno będzie dobra, ja już gotuję na oko) - cedzimy go i odstawiamy do przestygnięcia. Kolejnym celem powinno być odpowiednie zakwaszenie - już wyżej pisałam, że nowszy zbiór ma amlę, a ja planowałam jej użyć, ale... moja została w domu! Niestety mojego najlepiej sprawdzonego składnika nie było, więc posiłkowałam się czymś, co miałam, a nie wpędziłoby mojej henny w rudy. Stąd też herbatki i hibiskus! Po jednej torebce z każdej herbaty umieściłam w kubku i zalałam do połowy wrzątkiem. Oprócz tego kieliszek hibiskusa także połączyłam z gorącą wodą, później z herbatkami.


Małym błędem było zalanie drzewa sandałowego gorącą wodą w osobnym kubku już na tym etapie i dodanie go do herbatek z hibiskusem. Drzewo sandałowe woli zasadowe środowisko, więc warto odstawić zalaną np. łyżkę mielonego drzewa w osobnym naczyniu, niech naciąga wodę, ale dodać do mieszanki dopiero przed jej nałożeniem. U mnie drzewo było przez to dwukrotnie dodawane do mieszanki - do zakwaszacza i później, tuż przed nałożeniem.
W miarę mieszania henny, dochodziłam do pożądanej konsystencji, ale ciągle mam z nią problemy. Do henny, gdy była jeszcze w proszku, dodałam łyżkę mielonej kozieradki - głównie na konsystencję i przeciw przesuszowi. 
Gotowa henna po odstaniu - w cieple ok. 11h, z dodanym drzewem sandałowym przedstawiona jest na obrazku poniżej. Tak samo jak ja przed i gotowa do aplikacji. Wannę zabezpieczyłam stretchem i wzięłam się za aplikację, nie zapominając o nałożeniu rękawiczek.


Papkę nakładałam rękoma, zaczynając od czoła i przesuwając się w kierunku tyłu głowy i szyi. Oczywiście miałam problemy z rozdzielaniem pasm, dzieleniem włosów na równe sekcje itd. - nie zrobiłam tego wcześniej i chłopak musiał ostatecznie skończyć aplikację. Na koniec, z końcówki henny wymieszanej z końcówką glutka, zrobiłam bardzo rzadką papkę, którą dokładnie wcierałam między pasma posklejanych włosów. Po wysmarowaniu wszystkiego z miseczki, ułożyłam wszystkie włosy płasko na głowie i zabezpieczyłam dwoma foliowymi czepkami jednorazowymi, kawałkiem papieru na karku i ciepłą czapką. Henna miała czas ok. 5,5h na dojrzewanie na włosach. Po tym czasie spłukałam ją najpierw letnią wodą w kierunku ciepłej, a na koniec, po wyczesaniu TT, chłodną, aby domknąć łuski i ograniczyć wymywanie koloru.


Następne mycie planuję dopiero na ok. 50 h po hennowaniu, aby wszystko ładnie czerwieniało. 
Zapach tym razem jest dużo mniej sianowaty i nie wiem dokłądnie czemu to zawdzięczam, ale stawiam na kadzidlane właściwości drzewa sandałowego, hibiskusa i herbatki, bo kozieradka ma tutaj raczej swoje śmierdziuchowe trzy grosze. Sama henna jest bardzo dobrze zmielona, pięknie się miesza i nie tworzy grudek. Sam zapach też nie jest bardzo intensywny, co dla mnie jest plusem. Włosy są znośne, przeważnie po hennowaniu zawsze chodziłam w kucyku/koku lub rozczesanych włosach, bo miałam szopę, a tym razem, nawet bez stylizacji glutkiem, wyglądają ładnie. Są niebotycznie lśniące! Sama nie wiem, którym dodatkom to zawdzięczam, ale pewnie nawilżającemu działaniu siemienia najbardziej.

Przyznajcie się, przez cały post czekacie na fotki włosów? Ja w sumie też, ale jeszcze ich nie mam xD Wszelkie "na żywo" z udziałem włosów znajdziecie na instagramie, a nawet mojej stronie na Fb. Obiecuję, że niebawem się poprawię! Jedno zdjęcie na zachętę:


Mam nadzieję, że się podoba :)
Do następnego! 

piątek, 8 grudnia 2017

Nierzetelne etykiety kosmetyków

Nierzetelne etykiety kosmetyków

Wkurzona włosomaniaczka

czyli jakie chwyty stosują producenci kosmetyków, żeby skusić początkujących


Tym razem bez kitu o etykietkach, jesteście gotowi na falę hejtu? Tak jak zaznaczyłam we wstępie, mocno irytują mnie takie praktyki producentów i chcę Was na to uczulić, ZAWSZE SPRAWDZAJCIE SKŁAD! Zaczynamy zestawienie!

1. Szampony 0% SLS i SLeS, gdzie tu paradoks? Pamiętacie post o myciu włosów? Na pewno wiecie z niego, jakie detergenty są dla nas łagodne, a które mocne i dokładnie oczyszczające. Jaka jest moja konsternacja, gdy w składzie takiego szamponu 0% SLS i SLeS widzę ALS, SMS lub inny siarczan. Tragedia, zdecydowanie numer 1 za wkurzanie konsumentów.

2. Mój ulubiony temat - henna. Wszystko henna, a później opuchnięcia, schodzenie skóry, albo wypadanie włosów. Uczulałam Was na składy henn i podawałam zaufane marki oraz wskazówki czym kierować się przy wyborze odpowiedniej dla siebie. Przede wszystkim henna powinna być w proszku, nie mieć innych nazw niż łacińskie dwuczłonowe (nazwy roślin), a henna do brwi nawet koło naturalnej lawsonii nie stała - więcej TUTAJ. Wynika to głównie z braku regulacji dotyczących nazewnictwa produktów. Nikt nikomu nie zakaże nazwania chemii henną :(

3. Odżywki z 0% SLS to tak jak płatki kukurydziane bez glutenu. Odżywki  same w sobie nie zawierają mocnych detergentów nigdy, bardzo trudno byłoby znaleźć taką, która w składzie faktycznie ma jakiś SLeS (bo SLSy są już w zasadzie wycofywane z dodawania do produkcji kosmetyków - Sodium Lauryl Sulfate lub Sodium Dodecyl Sulfate). Jest kilka wyjątków - odżywka myjąca z Ziaji zawiera Cocamidopropyl Betaine, który jest dość mocnym detergentem jak na odżywkę, ale używa się go w delikatnych szamponach (np. Ecolab). Podejrzewam, że ma to na celu wprowadzenie w błąd, a wiem po dziewczynach z grupy, że działa, co do zawartości silikonów - SILIKONY TO NIE SLSy, słowa mogą wyglądać podobnie, lecz są to całkowicie odrębne grupy substancji - zapraszam do postu o emolientach i ogółem do pozostałych z równowagi PEH :)

4. Maseczka do włosów wypadających, nałożyć z pominięciem nasady 😂 mam nadzieję, że dla wszystkich logicznym już jest, że włosy to martwe wytwory naszej skóry - nie ma fizycznej możliwości, żeby cokolwiek nakładane na końcówki lub długość z pominięciem skóry, zadziałało na porost, gęstość lub wypadanie. Po prostu nie ma. Absolutnie nie znaczy to, że nakładanie odżywek i masek na włosy jest bezcelowe - struktura włosa wyraźnie się poprawia, na co na grupie znajdę wiele dowodów, po prostu nie ma to wpływu na wzrost. Podobnie jak podcinanie, ale to już inna kwestia ;)

5. Odżywka z magicznym składnikiem, którego ilość w składzie jest znacznie mniejsza niż substancji zapachowych, a w skrajnych przypadkach nie ma go wcale. W tej kategorii przodują niestety kosmetyki zamawiane z katalogów przez konsultantki. Ich składy ogólnie mocno absorbują moje myśli, bo nigdy w katalogu nie są podawane, nawet w internecie ciężko je znaleźć, dla mnie jest to mocno zastanawiające, bo przecież co mają do ukrycia i jakich składników używają, których nie znają inne firmy? Czyżby próbowali ogólnym marketingiem i bazowaniem na opinii sprzedawać kosmetyki jakościowo i składowo wątpliwe? To takie trochę otwarte pytanie do Was, co myślicie? Oczywiście na pewno nie wszystkie firmy katalogowe, bo mój ulubiony krem jest sprzedawany tylko w salonach kosmetycznych, ale co do jego składu nie mam żadnych wątpliwości.

6. Kosmetyki profesjonalne - nieraz to słowo działa na nas wręcz magicznie, przyciągając do półki, a później do kasy. Ja, po nauczeniu się składów, już nie jestem skłonna zapłacić dużo więcej na kosmetyk z napisem „profesjonalna linia”, „tylko dla profesjonalistów” lub jakimś podobnym. Przede wszystkim sprawdzam skład, a później wszystko się okazuje. Silikonowe bomby, proteinowe bomby, często wysuszające alkohole. Kosmetyki do użytku w salonie mają za zadanie jednorazowo wywołać na włosach efekt wow i spoko, na wielkie wyjścia i raz na jakiś czas nie mam nic przeciwko lakierowi do włosów, ale zastanówcie się, ile razy już słyszeliście, że ktoś po przejściu na kosmetyki naturalne lub cg (metoda Curly Girl TUTAJ) zauważył pogorszenie kondycji włosów? Nic bardziej mylnego!!! Kosmetyki po prostu zamaskowały stan faktyczny, który został obnażony przez dokładne zmycie oblepiaczy. To nie jest rozwiązanie, takie kosmetyki nigdy tego stanu nie poprawią. Dlatego po raz kolejny przypominam o CZYTANIU składów :)

7. Kosmetyki odbudowa i regeneracja, i cuda na kiju :D uważajcie, bo proteiny stosowane non stop tylko pogorszą stan włosów, a rozjaśnionych lub spalonych nie naprawicie w tydzień lub jednym zabiegiem. Równowaga PEH i systematyczność to klucz do sukcesu.

Mam nadzieję, że wspomniałam o wszystkich istotnych kwestiach, chętnie posta będę poszerzać, jeśli znajdę nowe perełki lub coś mi podpowiecie!
Pamiętajcie o czytaniu składów i nie dajcie się nabrać! Wszystkie uwagi i komentarze zawsze chętnie czytam i odpowiadam lub wcielam w życie przy następnych postach. Szybkiego porostu i idealnej struktury! Do następnego :)

sobota, 18 listopada 2017

Henna, henna i jeszcze raz henna! FAQ

Henna, henna i jeszcze raz henna! FAQ

Hej!


Post, który mam nadzieję przyda się wszystkim rozpoczynającym przygodę z ziołowym/roślinnym farbowaniem włosów - dużo o tym pisałam już TUTAJ, a także konkretne sposoby aplikacji i konkretne marki znajdziecie w TYM i TYM poście. Podczas gdy moje początki z henną Khadi opisałam TU :)

Zaczynamy!


Henna to roślina, która najlepiej kondycjonuje włosy właśnie przez obecny w niej barwnik - LAWSON. Jej naprawcze rezultaty są wręcz widoczne gołym okiem i nawet ja jestem ich świadkiem na moich własnych włosach, których końcówki zostały jakby 'zalepione' podczas kilku pierwszych razy. Macie "białe kulki lub końcówki"? Henna jest dla Was, a jej wyższości nad chemią nie będę szeroko opisywać, chociaż może trochę do myślenia da Wam ten slajd, który miałam przyjemność oglądać podczas 36. Kongresu LNE i sesji trychologicznej wspieranej przez iCATA, o czym przeczytacie TU.


Na pewno wiecie, że większość materiałów jest aż do tej pory farbowana naturalnie, spotkaliście się z farbowaniem rąk podczas obierania orzechów, itp. To wszystko działa też na włosy, a wystarczy odrobina chęci :)

Poza tym przy nakładaniu henny robimy też naturalny peeling skalpu małymi cząsteczkami roślin, co jest porównywalne do peelingu glinką, bardzo polecam :)

Tutaj pokażę Wam mojego włosa, który pod mikrokamerą pokazuje dwa oblicza - naturalne włosy zafarbowane henną, pokryte kilkoma warstwami i końcówkę, ombre rozjaśnione rozjaśniaczem. Widzicie różnicę? Co by było, gdybym niehennowane włosy rozjaśniła? Chyba od razu by się pourywały... choć tutaj różnica nie jest duża, włos naturalny to 1,5 grubości włosa rozjaśnionego, choć ciemny wydaje się cieńszy to sprawdzałam linijką.


Macie jakieś pytania? Szybkie odpowiedzi tutaj!

1. Henna to sposób TRWAŁEJ KOLORYZACJI, nie jest to na kilka myć, musicie liczyć się ze stałą zmianą koloru, a w przypadku decyzji o użyciu indygo z przymusem obcięcia włosów lub pozostania przy dość ciemnych kolorach.
2. Każda roślina przyciemnia włosy, cassia na bardzo jasnych również da efekt, nie ma możliwości poprawy kondycji bez choćby drobnej zmiany. Nawet maska poprawiająca skręt na bazie odżywki i AMLI może powodować lekkie przyciemnienie koloru lub jego ochłodzenie.
3. Samodzielnie mieszane rośliny/zioła dają bardziej przewidywalny efekt, niż mieszanki gotowe, ze sklepu. Trzymają się lepiej i mają szansę na złapanie równomiernie, choć po zdjęciach w przybliżeniu moich włosów widzicie wielowymiarowość henny, nie powoduje ona spłaszczenia koloru do jednego tonu, ale koloryzuje mniej więcej tak samo wszystkie włosy, więc efekt końcowy zależy od stanu wyjściowego :)

Moje kolorowe włosy w przybliżeniu :)
4. Nie wszystkie henny są bezpieczne, bo w Polsce nie ma regulacji pilnujących nazywania czegoś henną. Dlatego ja tak zaciekle zawsze piszę o tym, że 'henna' do brwi to zwyczajna farba, chemia. Żadna henna nie złapie sama koloru w 3 minuty, nigdy, nie dajcie się nabrać. Często nad morzem robione są tatuaże 'henną' z PPD, koniecznie pytajcie o pochodzenie, firmę, itp. W Internecie znajdziemy mnóstwo obrazków, na których przeważnie dzieci cierpią z powodu uczulenia na ten związek/barwnik chemiczny. Jeden przykład 'pięknego' cierpienia poniżej.

źródło TU
5. Bezpieczne henny można rozpoznać przede wszystkim po tym, że są W PROSZKU. Żaden krem lub pasta to nie czysta henna, ponieważ czysta rozrobiona traci możliwość barwienia po dłuższym czasie. Firmy, które ja wiem, że są bezpieczne to:
- Khadi,
- Swati/Satva
- Pole Henny (allegro np.)
- Orientana.

W razie jeszcze większej ilości - piszcie!

piątek, 8 września 2017

Szybki sposób na odrosty

Szybki sposób na odrosty

Hej!


W związku z ostatnim brakiem czasu na cokolwiek, nawet hennę musiałam potraktować po macoszemu. Mega szybkie odrosty z pomocą Banjaras - przepis, który działa na hennie z dodatkiem chemii (podejrzewam Mumtaz n8 o podobne działanie).


1. Gotujemy glutka, wersja dość gęsta - 2 płaskie łyżki na pół szklanki, gotujący przecedziłam na sitku, a że zostało mi dość gęste siemię, wrzuciłam jeszcze raz do garnka, zalałam podobną ilością wody, co na początku i powstał mi drugi, taki sam glut.

2. 15g Banjaras wsypałam do miseczki, zalałam przestygniętym glutem, wymieszałam do odpowiedniej konsystencji - dość rzadki jogurt. Żadnych kwasiaków, dodatków, odstawiania - nic.

3. Postała z godzinę, bo w tym czasie myłam głowę (O'herbal z lnem) i jadłam obiad :D

4. Nakładanie - po kolei od przodu głowy wg cienkich przedziałków, na koniec tył, tylko na szerokość ok 3 cm.

5. Zawinęłam w foliowy czepek, dodałam ręcznik papierowy na kark i nałożyłam drugi czepek dla pewności i czapkę.

6. Po ok. 1,5 h zmyłam mieszankę - ku memu zdziwieniu wypłukała się do czystej wody, pierwszy raz w życiu. Na długość nałożyłam Kallosa Color, bo nie dawałam tam henny.

7. Spanie, suszenie i efekty rano oraz na drugi dzień.

Włosy pierwszego ranka, może ostrzejsze słońce


Drugi ranek po farbowaniu

Wpadajcie na mojego Insta, tam zawsze znajdują się moje pielęgnacje i farbowanie :)

Kosmetolog potrzebny od zaraz + makijaż permanentny i odczucia

Kosmetolog potrzebny od zaraz + makijaż permanentny i odczucia

Sucha, zaczerwieniona skóra twarzy, wypryski i wieczny rumień - czy znalazłam na to rozwiązanie?

Postanowiłam napisać Wam o czymś innym niż włosy, ale niemniej ważnym - twarzy. Od czasu, gdy zaczęłam studia, zaczęły dziać się z nią dziwne i złe rzeczy. Zmiana wody, bardziej zanieczyszczone powietrze, coraz bardziej nieregularny tryb życia i pewnie gorsza dieta spowodowały u mnie po pierwsze okropne problemy z opryszczką, z którymi zmagam się od 4 lat non stop i po drugie uwrażliwienie cery.

Jako nastolatka nigdy nie miałam pryszczy, miałam piękną, jasną i gładką cerę. Zawsze matową, ale zdrową. W pewnym momencie pojawiło się u mnie naczynko na policzku, które wszyscy brali za wyprysk, ale do tej pory jest tylko jedno (raz zamknięte laserowo na 2 lata, odnowiło się jakoś pół roku temu).

A później zaczęły pojawiać się pojedyncze wypryski. Małe białe, jakby wodne, kropeczki, które po zdrapaniu znikały po godzinie. Czasem mam ich więcej, czasem mniej. Nieraz pojawiają się większe i bardziej problematyczne. Najrzadziej w okolicy brody - związane z w pewnym stopniu nietolerowanym przez mój organizm nabiałem.

Skoro znacie już moje problemy - oprócz opadających powiek i wiecznej opryszczki te wypryski to największe z nich. Oczywiście sucha skóra i zaczerwienienia to też problemy, ale nie są aż tak dotkliwe, bo znikają po nawilżeniu i pod makijażem.

Jako pierwszą część kosmetycznych zmagań, drogę do łatwiejszych wakacji i na końcu do efektu zdrowej skóry, chcę opisać moją pierwszą wizytę u kosmetologa. Zawsze uważałam to za zbytek, a wszyscy dookoła twierdzili, że jestem za młoda. Oficjalnie wczoraj skończyłam 23 lata, więc pora zacząć dbać o cerę.


Kosmetolog nie taki straszny - cera


Konsultacja kosmetologiczna to absolutna podstawa, jeśli lubujecie się w kosmetykach, naturalnej pielęgnacji lub macie jakiekolwiek, nawet najmniejsze problemy z cerą. Wiadomo, że przy większych problemach zwracamy się do dermatologa, ale kosmetolog jest dla mnie pierwszym miejscem kontaktu.

Ja na konsultację poszłam po rozmowie z dziewczyną, którą spotkałam w całkowicie przypadkowym miejscu - podczas przejazdu BlaBla Car'em. Zaczęłyśmy luźną pogawędkę w klimatach kosmetycznych (zawsze staram się kogoś zagadać, a jak już złapię kontakt, to nie popuszczam), potem ja zaczęłam temat bardziej specjalistycznych zabiegów i okazało się, że ona jest kosmetologiem z własnym gabinetem! Zachęcona merytoryczną rozmową - umówiłam się do niej - raz kozie śmierć.

Konsultacja miała trwać 30 minut, ale tak się rozgadałyśmy, że ciut się przeciągnęła. 
Obejmowała wywiad początkowy, demakijaż, ocenę stanu skóry, dobór pielęgnacji, a nawet pomoc w określeniu tonacji cery, na koniec został mi nałożony filtr przeciwsłoneczny na twarz i dostałam kilka próbek kosmetyków.

Stwierdzone zostało u mnie zapalenie czerwieni wargowej, a dodatkowo bardzo wysoka możliwość wystąpienia trądziku różowatego. Jestem zwykłą dziewczyną, używałam do twarzy zwykłych kosmetyków. Uwielbiałam żele do twarzy, spirytus salicylowy na każdy wyprysk, a także peelingi mechaniczne z dużymi granulkami. Jakże zgubne okazało się to dla mojej cienkiej, wrażliwej i suchej skóry. Bardzo zcieńczyłam sobie okolicę policzków i nos. Bardzo łatwo na mojej twarzy pojawia się rumień i pojedyncze naczynka.

Kosmetolog poleciła mi odstawienie całkowite peelingów mechanicznych, bardzo sporadyczne używanie kosmetyków mocno myjących, jak żele czy pianki (choć piankę z Ecolabu używam, bo nie sprawia u mnie aż tak mocnego uczucia ściągnięcia, a dobrze oczyszcza raz na jakiś czas), używanie toniku, kremu mocno nawilżającego, różowej glinki, oleju jojoba i filtrów przeciwsłonecznych. Na wizycie byłam pod koniec czerwca, na następnej (brwi i rzęsy) pod koniec lipca, więc rady okazały się zbawienne.

Wyszłam stamtąd niesamowicie zadowolona, bo w końcu ktoś umiał odpowiedzieć na każde moje pytanie, poszerzyć wiedzę i doradzić fachowo, co się u mnie sprawdzi. Zapłaciłam 50 zł, jako depozyt do zabiegu, na jaki się zdecyduję. Idzie jesień, więc wybieram się na oczyszczanie cery i jakieś kwasy, a ta kwota zostanie odliczona od ceny zabiegu.

Byłam tak zadowolona z usługi, że za tydzień na fotelu leżała już moja mama. Miała wykonaną konsultację (obejmującą wszystko powyżej) wraz z oczyszczaniem i maską algową. Mama jak to mama - wiadomo, że doświadczenie z kosmetyczkami miała. Była również bardzo zadowolona, zwróciła uwagę na to, że udzielono jej rad pielęgnacyjnych, dano wskazówki co do dalszej pielęgnacji i odpowiedziano na pytania. Sama też zastanawia się nad dodatkowymi zabiegami.

Kosmetolog w akcji - brwi i rzęsy

Przed wakacjami do gabinetu udałam się ponownie. Postanowiłam po raz pierwszy w życiu wykonać u kogoś usługę depilacji i regulacji brwi oraz farbowania brwi i rzęs.

Regulacja została przeprowadzona woskiem, dopracowana pęsetą i nożyczkami, a kształt dodatkowo uzupełniony 'henną'* do brwi. Brwi przed jako takich tuż przed zabiegiem nie mam, ale znajdziecie je gdzieś we wcześniejszych postach, jeśli Was interesują, a jeśli nie, to pokażę po prostu to, co ważne - efekt po zabiegu. Kompleksowa usługa kosztowała mnie 35 zł. Efekt całkowicie taki jak na zdjęciu utrzymał się do 3 dni, przy czym zmywało się tylko ze skóry.

Włoski ciągle mam zafarbowane (minęło już pięć tygodni), chociaż odrosły mi dookoła i wybiorę się ponownie. Efekt  co do kształtu był idealny z oczekiwaniami - brwi w delikatnym łuku, zwężające przy zewnętrznych końcach, wyrównane symetrycznie. Cudo! Jedynie kolor nie sprawił mi radości, bo wiecie, że szaleję na punkcie czerwonych włosów - obecnie na głowie mam kasztan. Chciałabym mieć identyczne brwi jak włosy, a to się nie udało. Wyszły zbyt chłodne - będę się upierać na mega ciepłe i ciut jaśniejsze!


* wiecie, że nie jestem absolutnie zwolenniczką chemii, dodatków PPD ani nazywania henną czegoś, co nią nie jest, stąd popularnie nazywana farbka do włosków na twarzy znajduje się u  mnie w cudzysłowie.

Przy nakładaniu specyfiku na rzęsy było trochę dyskomfortu, ale na wakacjach nie musiałam przejmować się tuszem, więc było warto.

Ten zabieg kwalifikuję na drugim miejscu super przydatności i must have'u na wakacje - brwi i rzęsy to jednak coś, co na twarzy widać od razu.

Makijaż permanentny - czy warto?

Na zdjęciu powyżej możecie także zaobserwować wyciągnięte kreski. Nie, nie maluję się codziennie. Mam je każdego dnia, bo są permanentne. Zrobiłam je pod koniec 2014 roku i raz żałuję, a raz nie.

Sam zabieg był bardzo nieprzyjemny, choć zaczął się od wyrysowania kresek kredką, wspólnej dyskusji na temat ich kształtu, nałożenia maści znieczulającej. Igła mocno drapie skórę, a przy samej linii rzęs jest to niesamowicie upierdliwe. Leciało mi mnóstwo łez, na drugi dzień miałam okrutną opuchliznę, rany trzeba było odpowiednio pielęgnować, a po miesiącu przyjść na korektę (wliczoną w cenę zabiegu). Teraz wiem, że barwniki i sprzęt były dobrej jakości, a makijażystka kompetentna.

Był to czas w moim życiu, kiedy zaczęłam oglądać YouTube - KatOsu i Maxineczka wywijały pędzlami, a ja dopiero uczyłam się swojej budowy oka i walki z opadającymi powiekami. Bardzo trudno było mi narysować symetryczne i ładne kreski, dlatego zdecydowałam się na makijaż u kosmetyczki. Z kształtu i wyglądu jestem zadowolona, ale powstaje bardzo dużo kwestii 'ale':

- wyglądam dziwnie, mając cały czas namalowane kreski, a nie mając choćby korektora pod oczami lub brwi (tu z pomocą przychodzi 'henna'),

- nie ma opcji na makijaż bez eyelinera, zawsze będzie przebijał i nieraz po prostu poprawiam kosmetykiem kreskę, malując jak po szablonie,

- czas mija i budowa oka ewoluuje, coraz bardziej opadają mi powieki i kreski wyglądają coraz gorzej, choć ciągle ok,

- nie schodzą, zaczynam bać się, czy nie zrobiły się tatuażem,

- są mocno wyciągnięte i z jednej strony elegancko wyciągają oko, a z drugiej... makijaż zawsze jest przez to mocniejszy.  

Brwi malowane przeze mnie plus idealnie komponujące się w makijaż kreski - fryzura kręcąca włosy

Nie pamiętam w tej chwili ceny, jaką zapłaciłam, ale za taki czas, w którym są cały czas takie same, uważam, że było warto. Oczywiście w kwestiach gustu i estetyki nie zawsze uważam, że było, ale przyzwyczaiłam się do nich i nie jestem już taka 'goła'. Oko jest sporo wyraźniejsze i nie ma już tego efektu 'smutnego' oka. Rzęsy też nie muszą być malowane, bo z daleka i tak tego nie widać, a kreska robi swoje. 
Każdy indywidualnie powinien rozważyć tą kwestią.

Oto trzecie miejsce do gwarancji komfortowego wyjazdu i jednocześnie życia. Ile czasu każda z nas spędza rano na makijażu, a kreski to chyba najbardziej pracochłonny aspekt. Ja mam go więcej na sen :D

Wszystkie opinie wyrażone w tym poście są moimi własnymi obserwacjami i zostały przeprowadzone na podstawie wizyt u konkretnych osób.

sobota, 12 sierpnia 2017

Henna na czerwono - eksperymenty

Henna na czerwono - eksperymenty

Hej!


Oczywiście, że nie zapomniałam napisać o moim ostatnim hennowaniu, ale po prostu technicznie się nie dało! Sierpień to mój miesiąc na wakacje i spędzam je w tym roku wyjątkowo aktywnie :) jeszcze jedna tura przede mną!
Wracając do tematu! Wkręciłam się na maksa w grupę hennową linkowaną już wielokrotnie - ponownie link TUTAJ. Z informacji zaczerpniętych stamtąd i głównie z inspiracji metodami Martyny z bloga hennatto na czerwone włosy z henny - poczyniłam pewne zakupy i oto mój sposób z tego razu - składniki:
100g henny Mumtaz hg,


15-20g amli,
2 łyżeczki hibiskusa,
2 łyżeczki czerwonego drzewa sandałowego,


1 łyżka czerwonej słodkiej papryki,
1 łyżeczka mielonej kozieradki,
1 łyżka siemienia lnianego,
pół litra wody źródlanej - prawie demineralizowanej.


Przygotowanie:
Łyżkę siemienia lnianego zalałam wodą i ugotowałam na luźny żel, przecedziłam i wlałam spowrotem do rondelka, gdzie dosypałam amli, hibiskusa, drzewa sandałowego i pogotowałam na leciutkim płomieniu przez ok. 15 minut. Do henny dosypałam paprykę i zalałam płynem - okazało się, że pół litra to aż zanadto, więc trochę go zostało.
Papkę odstawiłam w cieple na ok 4,5 godziny, a później do lodówki. O kozieradce przypomniało mi się trochę późno i dodałam ją dopiero przed nałożeniem. Resztę płynu dodałam też do papki, gdy kończyłam nakładanie na końce, żeby rzadszą konsystencją dotrzeć do wszystkich zakamarków.
Wannę i miejsce pracy przygotowałam folią i gazetkami reklamowymi, więc nic się nie ubrudziło!


Samo nakładanie o dziwo nie trwało zbyt długo (około 40 minut) i mieszanka pozostawała na głowie przez 5 godzin - pod podwójnym czepkiem i czapką.


Początkowy efekt to mocny pomarańcz, co mnie nawet przestraszyło - w końcu miało być czerwono! 


Na szczęście wszystko ładnie ciemniało i po 72h umyłam włosy szamponem. To efekt całkowicie końcowy:


Z innego dnia i w mocniejszym słońcu - z gorszą stylizacją:


Zdjęcia przed (dostępne w poście o łombre) to zrobione dzień przed hennowaniem ombre za pomocą rozjaśniacza -  będę się starać je ściemniać i jak najbardziej przyczerwieniać - może pomoże mi yemeni, które niedawno zamówiłam 😍

Może jeszcze wahacie się przed hennowaniem? Poprzedni post dowodzi, że rozjaśnianie henny nie spowoduje wystąpienia zielonych włosów, a efekt uzyskany na rozjaśniaczu utrzymuje się bez problemu - oczywiście po kilku warstwach. Podoba Wam się ten kolor? Mam już nawet zwolenników mojego łombre! :)

Śledźcie na bieżąco mój Facebook - pojawił się cykl z pomocą w analizie składów i rozpoznawaniem produktów po nazwach wg INCI, ciekawi? Wpadajcie!

Ombre z gatunku nie róbcie tego w domu

Ombre z gatunku nie róbcie tego w domu

Hej!

Muszę napisać, jak nabawiłam się mojego ombre... a w zasadzie mówię na to "łombre", bo to szybki sposób na przesusz z cyklu "nie róbcie tego w domu" xD. Chciałam lekko rozjaśnić hennę na końcówkach, więc wszystko było spontaniczne i spowodowane głównie mega parciem na czerwony kolor włosów. Po prostu poszłam do Rossmanna i kupiłam rozjaśniacz, który wydawał mi się odpowiedni - taki gdzie znalazłam ammonium (coby na pewno miał amoniak, bo naczytałam się, że te bez amoniaku są tylko dla zdrowia fryzjerów, a włosy rozwarstwiają zamiast tylko wysuszać).

Mój rozjaśniacz - Delia Cameleo - ok. 11 zł
Zrobiłam próby z kąpielą rozjaśniającą w super proporcjach (po łyżeczce maski, szamponu, proszku rozjaśniającego i aktywatora), nałożyłam na próbki włosów ze szczotki i po 20 minutach na swoje włosy. Tylko że jak już postanowiłam robić dużą ilość włosów, to rozmieszalam pozostały proszek z płynem, dodałam maski i chlust na włosy!

Proporcje rozjaśniacza do odżywki, widocznie ZŁE!
Oczywiście mieszankę musiał nakładać mi mój chłopak, bo jak to tak sama... więc oto zdjęcie przed nakładaniem:

Sztuczne oświetlenie w kuchni - jednolite i zdrowe włosy

Po nałożeniu:

Tak bardzo profesjonalnie, na folii...

Zamiast lekkiego rozjaśnienia po 40 minutach (wg próbek) z kąpielą - uzyskałam takie oto łombre. Wszystko się pół dobrze skończyło, bo w porę poczułan, że coś pod folią za mocno zwiększyła mi się temperatura! Ufff, że zdążyłam spłukać przed zostaniem blondynką! Dołączam Wam zdjęcia przed, w trakcie i po, a aktualny kolor po warstwie henny z kolejnego dnia po operacjach rozjaśniających znajdziecie w kolejnym poście o eksperymentach :)

Bezpośrednio po spłukaniu rozjaśniacza:

Zdjęcie lekko wilgotnych włosów z tego samego wieczora - już widać różnicę
Następnego dnia rano w cieniu:

Suche włosy w świetle dziennym bez słońca - efekt końcowy samego rozjaśniania


Wpadajcie też czasem na Facebooka Shidless i Instagram ginger.shidless :)

czwartek, 27 lipca 2017

Bezpieczeństwo przede wszystkim - testy na alergię

Bezpieczeństwo przede wszystkim - testy na alergię

Hej! 


Post poświęcony trosce o osoby ze skłonnością do alergii, uczuleń i wszelkiego typu reakcji na chemię, a szczególnie nieraz utajone w składzie PPD i chemiczne barwniki.


Jest to nawiązanie do akcji RedPilorum, która ma do sprawy podejście fryzjerskie i Justyny - doświadczonej alergiami, które walczą o świadomość farbujących włosy - czy to u fryzjera, czy w domu, czy chemią już z nazwy, czy nawet henną, która może okazać się zanieczyszczona. Po to powstają wpisy, blogi, grupy, żeby rozwijać świadomość, nie strącać tematu na dalszy plan, ani nie bagatelizować reakcji naszego organizmu.

KOBIETY róbcie testy! 


Chodzi tutaj głównie o sprawdzanie reakcji na farby - testy skórne są wpisane w ulotki wszelkich farb drogeryjnych, żeby producenci uniknęli odpowiedzialności za konsekwencje. Alergie, pieczenie, wysypki, rany - aż do długofalowej konsekwencji - wyłysienia. Henny też bywają "wzbogacane" barwnikami, niekiedy nawet henną nazywane są całkowicie chemiczne mieszanki - "henny" do brwi, ziołowe farby w paście. Pamiętajcie, że cokolwiek jest już rozrobione, ma konsystencję pasty i tak sobie stoi na półce i czeka na kupno... NIE MA PRAWA BYĆ HENNĄ. Może co najwyżej zawierać dodatek henny, a to już jest straszne...

A czy fryzjer robi Ci test, gdy chcesz farbować włosy? Jeśli nie, wiedz że masz prawo o niego prosić. Gdyby coś się stało, gdyby wystąpił wstrząs (to oczywiście skrajny przypadek) to kogo będziesz za to winić? Wszelkie pieczenie, swędzenie, mrowienie... to nie są naturalne reakcje, od razu wiadomo że skóra się broni i ściera z chemią. Czy po to chcesz farbować włosy, aby je stracić lub pogorszyć zdrowie? Na pewno nie. Sprawę zostawiam do przemyślenia.

Wpis u Justyny o testach u fryzjera TUTAJ, a o bezpieczeństwie z ziołami TU i niebezpiecznych firmach TUTAJ.
Baner udostępniony przez RedPilorum i do jej wpisu na temat bezpieczeństwa odsyłam TUTAJ.

Jako że nigdy nie farbowałam włosów u fryzjera muszę odesłać do dziewczyn, u nich jest mnóstwo wiedzy w temacie i doświadczenia z reakcjami. Mój skalp nie cierpiał nigdy pod wpływem substancji chemicznych  i mogę uznać się za szczęściarę.


TEST


Żeby wykonać test wystarczy nałożyć odrobinę pasty ziołowej lub farby na miejsce zgięcia łokcia, tutaj nałożona została kasja, przykryta folią i zostawiona na 10 minut.


Po 10 minutach zmyta chusteczką - w trakcie trzymania nie spowodowała żadnych reakcji, nie swędziała, nie piekła i wyraźnie widać, że nie zostawiła śladu - żadnej obwódki ani krostek. Leciutkie zaczerwienienie wzięło się z przetarcia chusteczką. Jeśli jednak nie jesteśmy pewni, że substancja jest czysta lub testujemy farbę chemiczną - warto odczekać 48 godzin, aby się upewnić. Nasza kasja była czysta i przeszła test pomyślnie.


Ręki do testu użyczył mój facet, nie jest to ręka koleżanki, której kasja była nakładana, tak dla ścisłości :D

Bądźcie rozważne i bezpieczne! Pamiętajcie o testach! Macie do nich prawo.

środa, 19 lipca 2017

Cassia / Kasja, czyli odżywienie bez koloru

Cassia / Kasja, czyli odżywienie bez koloru

Hej!

Pora na trochę o mojej pierwszej przygodzie sam na sam z Cassią.


Motyw i perypetie:
Zaczęło się od namówienia koleżanki na zrobienie czegoś z włosami. Niedawno dość namiętnie je prostowała, kiedyś też farbowała chemią. Ośmielę się stwierdzić, że jej włosy wyglądały na suche i zniszczone, mimo że regularnie podcina końcówki. Doszłyśmy do porozumienia, że pozwoli mi zrobić sobie Cassię. Poszukiwania cassi stacjonarnie w tamtym tygodniu były dość trudne, bo w 2 na 3 miejscach była wykupiona. Mieszkam we Wrocławiu, więc znalazłam ją dopiero w Lilaróż na Piłsudskiego i tam dostępna była tylko z firmy Orientana w cenie 36,99 za 100g.  


Składniki:
- 100g czystych ziół Cassia Obovata z firmy Orientana,
- ok. 20g amli z firmy Hesh
Do rozrobienia mieszanki użyłam rzadkiego gluta z siemienia lnianego wg przepisu z poprzedniego wpisu.


Przygotowanie:
Zioła wsypałam do miseczki (starałam się, aby amli było maksymalnie 1/4, a że nie mam wagi kuchennej, to zrobiłam jak moja babcia, gdy robi kluski, czyli wybrałam czwartą część łyżką i tam nasypałam zakwaszacza). Nie dodawałam żadnych sypkich dodatków, więc od razu zaczęłam zalewać wszystko glutem.  Podczas mieszania okazało się, że moje niecałe pół litra to było za mało, ale postanowiłam zostawić pastę taką, jaka wyszła. Rozmieszałam jak się dało najdokładniej, przykryłam folią i wsadziłam w wełnianą czapkę.


Odstawiłam mieszankę na ponad 22 godziny, założeniem były 24, ale się spieszyłyśmy. Okazało się, że cassia po odstaniu samoistnie poprawiła konsystencję, bo zniknęły wszystkie grudki, ale dolałam do niej jeszcze odrobinkę samej wody z filtra, żeby trochę ją upłynnić.


Nakładanie:
Koleżanka umyła włosy szamponem bez silikonów, tzw. "rypaczem" - jeden z moich ulubionych O'Herbal - szampon wzmacniający włosy z ekstraktem z korzenia tataraku, dość mocno oczyszczający (i uwaga! może wysuszać wrażliwe skalpy, dobry zamiennik to wersja z lnem, dużo mniej wysuszająca).


Na odsączone włosy zaczęłyśmy nakładać cassię pasmo po paśmie, od środka głowy a włosy zawijając dookoła w gniazdo/kokon. Nakładanie na włosy za łopatki i dokładnie pasmo po paśmie zajęło mi godzinę. Nie wystarczyło na dokładne pokrycie dwóch ostatnich pasm na samym dole, ale obwiniam za to bardziej czas, przez który włosy zdążyły już wyschnąć i w końcowej fazie nakładania mogło zejść więcej pasty. Całość przykryłam foliowym czepkiem i wełnianą czapką. Masa na głowie pod przykryciem działała sobie ponad 2,5 godziny.


Spłukiwanie:
Dość ciężko było nam rozplątać włosy, nie chciały się odlepić od siebie, ale po użyciu większej ilości wody zrobiły to bez problemu. Trudność sprawiło też dokładne oczyszczenie skóry głowy z papki, bo pewnie byłam zbyt delikatna. W większości spłukane włosy oblałam glutem lnianym, którego specjalnie ugotowałyśmy wg przepisu i proporcji na żel. Zostawiłam na chwilę, lekko rozczesałam tangle teezerem i znowu spłukałam. Na końcu wgniotłam jeszcze trochę żelu lnianego. Włosy wyschły naturalnie.

Włosy w świetle dziennym - 6 dni po
Efekty:
Po dwóch dniach umyła włosy jak zwykle, efekt kolorystyczny jest raczej znikomy, może odrobinkę chłodniejszy odcień, tak samo suche. Po zrobieniu zdjęć postanowiłam nawilżyć jej niesforne włosy i w tym celu spryskałam je mgiełką szungitową - obecna w poście o humektantach, którą wczesałam i dodatkowo zamknęłam olejem awokado - też wczesanym. Koleżanka dzisiaj zauważa "(...)w ogóle to ładne mam dzisiaj włosy, ładnie wyglądają i nie puszą się jak zawsze. Nie mam już takiej szopy."


Myślę że cassia w połączeniu z nawilżeniem zaprocentują w niedługim czasie. Teraz już tylko odpowiednia pielęgnacja i może końcówki przestaną się tak kruszyć, a ich właścicielka prostować na siłę. Włosy ewidentnie potrzebują tylko odrobiny miłości i powinny się pięknie falować.

Porównanie odcieni w świetle sztucznym - przed i 6 dni po
W razie pytań - śmiało :) Najłatwiej o kontakt ze mną na Facebooku, zapraszam! A wszelką inną pomoc przy ziołach otrzymacie na pewno na grupie Henna na włosy. Miksologia, która prężnie działa, przeprowadza testy i pomaga. Konieczny do odwiedzenia blog w tej tematyce - Henna miksologia pod okiem bardzo wiele wiedzącej i zawsze pomocnej Justyny.


Polecany post

Szampon - jaki wybrać i jak go dobrać

Kompendium o skórze głowy Skoro wiele z Was nie stosuje metody CG (i ja w pełni rozumiem wskazania, które to wymuszają), a wszelkie pro...