czwartek, 17 stycznia 2019

Miksohenna bez kitu - przygotowanie oraz efekty

Miksohenna bez kitu - przygotowanie oraz efekty
Już dawno zapowiadałam swoje wielkie hennowanie i tzw. come back, ale czas na niego nadszedł dopiero wczoraj. Nie będę ukrywać, że jak dowiedziałam się od Justyny, że chce mi wysłać Miksohennę, to postanowiłam na nią poczekać, a przy okazji dać jej rzetelną recenzję i pokazać efekty na naturalkach. Mieszankę zrobiłam w zasadzie standardowo jak na mnie, bo użyłam gluta, herbatki owocowej (SUPEROWOCE - sam susz) z hibiskusem (łyżka), a jedynym nowym dodatkiem był wywar z czarnej malwy, którą Justyna przy okazji też mi wysłała. Koniecznie obczajcie post Justyny o miksohennie TUTAJ. A po przeczytaniu posta zostańcie na PS, bo tam kilka słów od niej i rady, jak by to zrobić może i lepiej.


Jak przygotować hennę


Rutyna przygotowywania zawsze wygląda tak samo, czyli gotujemy gluta, parzymy ziołowe dodatki  i mieszamy wszystko z proszkiem.  Tym razem trochę się ociągałam i hennowy proszek połączyłam z dodatkami, jak glut był już prawie zimny, ale chwilę później wszystko włożyłam do piekarnika na prawie 50° i leżało sobie to tam trochę ponad 2 h. Mówią, że karma wraca, więc nie musiałam się męczyć sama, tylko nakładała mi ją tym razem Wioletta (zobaczycie ją w filmie :D). Najpierw poszły odrosty, a później długość zawijałyśmy w ślimaczki. Jakimś cudem to zniosłam i włosy zawinięte w 2 czepki foliowe pod czapką i starą poszewką na poduszkę trzymałam praktycznie 6 h (no może 5 i pół). 


Zmywanie henny


Zmywanie okazało się trochę bardziej hardkorowe niż zwykle, bo po przeprowadzce nie mam już wanny. Wszystko się chlapie dookoła na podłogę, a w przypadku ziół jest to naprawdę niepożądane. Wymyślam sobie, że włosy najpierw wypłuczę w wiadrze do mopa. Bardzo dużo błotka udało mi się spłukać w ten sposób, a potem tylko wyniosłam wiadro spod prysznica i już umyłam głowę normalnie pod bieżącą wodą ze słuchawki (oczywiście mam na myśli spłukanie ziół samą wodą!). Bardzo na plus oceniam wypłukiwanie się tych ziół - miksohenna jako jedyna z bardzo nielicznych już przy pierwszym razie potrafi się wypłukać do CZYSTEJ(!) wody. 


To jaka jest ta opinia


Z konsystencji nakładania i spłukiwania jestem naprawdę bardzo zadowolona. Dodatkowo ta henna ma dużo mniej intensywny zapach niż reszta dotychczas przeze mnie stosowanych. Choć nie  zaprzeczam, że mogę to zawdzięczać braku dodania kozieradki (ale nie było też tak wielu razy z kozieradką, jak mogłoby się wydawać), po prostu samo zioło jest o wiele mniej intensywne i nawet na świeżo na sucho nie było czuć nic. Przy myciu oczywiście jest inaczej, ale to normalne. Kolor moich mysich odrostów jest jeszcze marzeniem o czerwieni, ale każdy następny raz będzie już bliżej ideału. Zresztą widzicie zdjęcia - jak myślicie, to już jest czerwony? Jeśli chcecie zobaczyć cały proces mieszania i jak wyglądałam w błotnych ślimaczkach z przodu, to zobaczcie film, na końcu też trzepię moimi powstałymi z martwych falami :D
Umyłam je już pierwszy raz - Vatiką z czarnuszką. Puściły trochę koloru w wodę, ale to i tak niewiele. Zapach nie przyprawia mnie o mdłości, jak to było kilka poprzednich razów, gdzie nawet na sucho nie mogłam zasnąć. WIELKI PLUS!


Słyszałam, że ta henna to siekiera i łapie jak mało która, ale w zasadzie nie spodziewałam się, że ten kolor za pierwszym razem będzie taki ładny! Nawet na odrostach! Co prawda liczyłam na dużo bardziej czerwoną wersję, ale ta, jak na pierwszą warstwę i pierwsze hennowanie, po praktycznie 7 miesiącach, to jest naprawdę ekstra. Tu filmik:



PS Justyna radzi:
- zmiksować trochę malwy - poodrywać płatki, rozciapać z wodą, dodać jako praktycznie glut do proszku
- wtedy już nie dawać normalnego gluta z siemienia, bo ta henna z malwą się zażelują same z siebie
- czerwień z henny trzeba nabudować, bardzo rzadko wychodzi za pierwszym razem (stąd moje bardziej miedziane odrosty, a piękna głęboka czerwień dołu), wymaga cierpliwości i sporej ilości warstw, wszystko idzie według kolejki: rudy/miedziany, czasem po drodze brąz i dopiero czerwień, ale nie Arielka, tylko wino, burgund, nawet lekko fioletowawa i bardziej zimna - stąd najbardziej popularny dodatek w postaci amli (choć to dopowiedziałam sobie sama i wcale nie musi to być amla, jak widać - zajrzyjcie do Justyny na wpis o kontroli koloru :))

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Świąteczna wishlista bez kitu - prezenty i zakupy

Świąteczna wishlista bez kitu - prezenty i zakupy
Nie wiem jak jest u Was, czy to kontrowersja lub temat tabu, ale prezenty pod choinkę nie tylko w mojej rodzinie są jednymi z większych bolączek. Babcia kupująca skarpety lub rajstopy w rozmiarze dwa razy za dużym, wypychanie paczek bombonierkami, żeby tylko tam coś było… No przecież to nie ma sensu!



Ostatnio wpadłam na pomysł, żeby zacząć tworzyć swoją wishlistę. Co na nią wybrałam, napiszę Wam pod koniec wpisu, na razie skupię się na innych aspektach. 
Kupowanie co popadnie, bo wypada - no tak. Każdy lubi dostawać prezenty, może te niespodziankowe są lepsze, ale tylko wtedy, kiedy naprawdę jesteśmy z nich zadowoleni! Przyznajcie się z ręką na sercu - wolicie dostać prezent niespodziankę, czy taki, jaki faktycznie Wam się przyda?

Co kupić dziecku?


Wiele prezentów = większe koszta, zwłaszcza, jeżeli mamy sporą rodzinę, a już całkiem, kiedy w tej rodzinie jest sporo dzieci. Wiadomo, że one najbardziej cieszą się z tych prezentów, ale czy myślimy też o tym, że zaraz po rozpakowaniu trafiają one do skrzyni obok innych, początkowo lubianych zabawek, i nieraz tam już zostają… Ten fakt najbardziej skłania mnie do planowania prezentów i ustalania „co komu”. W przypadku dzieci właśnie bardziej spektakularny prezent, kupiony przez pół rodziny, ma szansę na zostanie prawdziwym hitem i bohaterem zabaw na długi czas, a kolejny świecący samochodzik, czy gadająca lalka… No cóż.


Drogi prezent to lepszy prezent?


Prezent wyżej punktowany, to przeważnie dobry jakościowo, niekoniecznie niewiadomo jak drogi, lecz jednak potrzebny danej osobie i po prostu spersonalizowany. Drogie prezenty mogą być jeszcze bardziej nieprzydatne niż te z „chińczyka”. Na kupno prawdziwie super prezentu, nie oszukujmy się, mają szansę tylko te osoby, które dobrze się znają, są blisko, właśnie z najbliższego otoczenia. Nawet mała rodzina nie spędza ze sobą wiele czasu, jeśli poszczególne najmniejsze jej komórki mieszkają choćby w innych miastach. Inaczej wymaga to o wiele większego zaangażowania, przeprowadzenia niejako wywiadu lub pytania wprost, co tę przyjemność trochę odbiera. 
Prezent każdy dla jednego, to dobra opcja. Nieraz takie metody były praktykowane wśród członków jednej klasy czy w pracy - ustalamy budżet i losujemy, dla kogo mamy prezent przygotować. Wtedy o wiele łatwiej zrobić potrzebny resaerch tylko dla jednej osoby. Wtedy i budżet może być wyższy, i poziom dopasowania takiego podarunku.


Pieniądze na prezent? 


Od kilku lat dostaję w prezencie pieniądze. Jest to bardzo dobry sposób na „wymiganie się”. Z drugiej strony jednak - nie do końca widzę w tym sens. Kiedy każdy dorosły obdaruje się nawzajem (załóżmy 50 zł) to też tak, jakby nie obdarował drugiego niczym. Bez sensu. Ja jako student, wnuczka i osoba niezarabiająca mam farta, bo tej kasy nie muszę przekazywać dalej, innym i mam szansę sobie coś kupić, obdarowując drobnymi podarunkami innych, co też jest bez sensu, jak wspomniałam wyżej. Dlatego starałam się zawsze wymyślić coś małoinwazyjnego - ramka ze wspólnym, rodzinnym zdjęciem, dobra herbata, która zawsze zostanie wypita lub słodycze… Choć sama nienawidzę ich otrzymywać, bo później wypadałoby je zjeść!


Przykładowa wishlista prezentów pod choinkę dla kobiety


W tym roku zrobiłam konkretną wishlistę z różnym budżetem. Pierwszy wymarzony prezent kosztuje niewiele ponad 50 zł i jest to krem Fridge - polskiej marki kosmetyków naturalnych z absolutnie obłędnym składem. Najlepiej ten pod oczy, bo nie znalazłam jeszcze lepszego, a ten jest mega dobrze się zapowiadający. Drugi, odrobinę droższy prezent - choć niekoniecznie - to duża świeca Wood Wick. Sporo dobrego się o nim naczytałam, mają knoty z prawdziwego drewna, strzelają jak drewno w kominku, takie w miniwersji, a do tego obłędnie pachną. Około stówki są wszelakie pędzle MBrush by Maxineczka - z każdego (oprócz do eyelinera) bym się ucieszyła! Najlepiej 06 lub 07, bo są to cuda blendujące, a na razie nie używam zbyt wielu kosmetyków. 130 zł i ciut wzwyż - koszula nocna, taka wiecie, z prawdziwego zdarzenia, co najmniej do kolana, biała, z bawełny najwyższej jakości! Mamaginekolog narobiła mi poważnej ochoty na swoją Dalię, która jeszcze nie jest w sprzedaży! Najdroższy prezent na liście to odkurzacz iLife, ten co sam odkurza. Moi rodzice taki mają (chyba wersją v4) i są zadowoleni. A ja mam bzika na punkcie podłogi, jakby sobie jeździł raz na dwa dni, to ja miałabym psychiczny komfort absolutny!
W zeszłym roku zbieraliśmy na prezent razem z chłopakiem i padło na robota planetarnego Kenwood - jest cudny, na pewno więcej Wam o nim kiedyś napiszę, jeśli tylko będziecie chcieli :) Pod uwagę braliśmy wtedy też konsolę, ale jesteśmy już za duzi i jednocześnie jeszcze za młodzi, żeby sobie kupić. Może kiedyś.
Dajcie znać, co myślicie o mojej wishliście i podejściu do prezentów. Moje propozycje dla włosomaniaczki oczywiście też się jeszcze pojawią, a póki co - do następnego! <3


P.S. Jeśli tęsknicie, a nie macie pojęcia o co chodzi z tym obrazkiem powyżej, to koniecznie wejdźcie na YouTube, bo tam czekają już moje dwa Vlogmasy!

czwartek, 29 listopada 2018

Wygrałam włosy!

Wygrałam włosy!
Oj brzmi to dziwnie i prowokacyjnie, ale tak teraz myślę. Pierwsze wrażenia i szok minął, już kilka tygodni żyję z nimi w harmonii. Jest naprawdę dobrze.
Minimalna pielęgnacja zdaje świetnie egzamin - myję je delikatnym szamponem, nawet nie zawsze czeszę, a one żyją własnym życiem i dają mi żyć! Mają fajną i dla mnie satysfakcjonującą objętość i czasem nawet się trochę pofalują. To chyba było dla mnie ostatnio najważniejsze. Nawet nie znajduję zbyt wielu powodów do narzekania - mycie co 3 dni, skóra w porządku, nawet nie wypadają jakoś specjalnie, czeszę jak wcześniej - jak już, to co mycie, więc na taki tryb wypadających jest bardzo mało. Może przesilenie minęło, a może uspokojenie psychiki w tej płaszczyźnie podziałało. Nie wiem, ale podoba mi się to! Dodatkowo teraz nie są nigdy spięte, co początkowo mi przeszkadzało, ale przyzwyczaiłam się, a do tego skóra odetchnęła od ciasnych koków i kucyków. Są na tyle krótkie, że ciągle rozpuszczone nie przeszkadzają w codziennych czynnościach. Nawet do garnków jakoś nie wpadają!

Longbob czyli włosy do ramion
Chciałam Wam to napisać, bo pytacie, czy żałuję. Teraz wiem na pewno - WCALE! Oczywiście, że super by było mieć zdrowe i długie włosy, ale nic straconego, w końcu przecież rosną. Już zauważyłam spory odrost (nie po innym kolorze przy skórze, he he, a po długości), bo teraz mogę zgarnąć je do przodu na ramiona, a wcześniej same wracały do tyłu.
Jeszcze ich nie zmierzyłam - ani objętości kucyka, ani długości pasm. Sama nie wiem dlaczego, może żeby samej sobie znowu nic nie narzucać, albo nie czuć presji. Tak jest naprawdę zdrowiej - dla psychiki przede wszystkim. Teraz to wiem!

Moje włosy do ramion i naturalne odrosty
Jedyna i ostatnia kwestia nie dająca mi spokoju właśnie w temacie włosów to ich kolor. Myślałam, że dam radę je zapuścić do naturalek i zostawię je w spokoju, ale coraz gorzej się z nimi czuję. Już nawet nie chodzi o te odrosty i różnicę, ale o to, że tego mojego koloru widać coraz więcej i... JEST OKROPNY! Kurczę, przecież nie bez przyczyny je zafarbowałam po raz pierwszy i robiłam to już od końca gimnazjum jakimiś piankami koloryzującymi i w końcu henną. Po prostu ich nie znoszę i tego chyba nie zmienię... przykro mi, bo nic im nie jest, ale... A każde „ale” oznacza, że nie jest tak, jak ma być. Od początku się nie zarzekałam i chyba ta chwila nadchodzi. Chwila powrotu do henny, bo to najlepsze cudo, z jakim miałam w kwestii włosów do tej pory doświadczenie! Zdania na ten akurat temat nie zmienię ♥️
Pytałam Was już dwa razy na Instagramie, co byście zrobili na moim miejscu - cały czas jest mniej więcej 2:1 dla henny. U mnie też tak jest, starałam się walczyć z tymi dwiema częściami rozsądku, ale nie wygram, już to wiem.
Kto jest za? :)

Długie hennowane włosy z wiosny

środa, 31 października 2018

Kobieta zmienną jest - moje drastyczne cięcie

Kobieta zmienną jest - moje drastyczne cięcie
Wszystko zaczęło się od henny, budowania koloru, zachwytu nad blaskiem, kondycją włosów, znowu kolorem... Gdy osiągnęłam mój wymarzony rudy, trafiłam na glutek lniany i zaczęła się moja falowana przygoda. Ale było radości, jak włosy zaczynały mi się nawet trochę podkręcać po fazie na ombre... Rozjaśnianie jednak dało w kość moim końcówkom, mimo że pielęgnowałam je jak resztę, to było to za mało, bo porowatość i struktura się zmieniły. Potem nakładałam tylko na końce hennę w nadziei, że je zalepi, ale włosy były tak osłabione, że nie zadziałało aż tak dobrze, żeby przywrócić im pierwotną kondycję. Plątały się i mimo, że dużo ładniej falowały i nawet uświadczyłam rulona kilkukrotnie, to jednak przy myciu dawały w kość. W styczniu ścięłam 18 cm, TU możecie zobaczyć tamto cięcie i było o niebo lepiej. Niestety moje ombre sięgało o wiele wyżej, bardzo ładnie przechodziło się z ciemniejszymi włosami, ale kilka tygodni po cięciu znowu zbierało żniwa frustracji przy rozczesywaniu. 


Myślę, że pamiętacie każdy z tych etapów, każdy był dla mnie budujący, bardzo wiele nauczyłam się o swoich włosach, o pielęgnacji, jej metodach, stylizacji, składach i produktach. Ale przyszedł kryzys. Włosy zaczęły mi wypadać, sporo się przerzedziły, psychicznie czułam się z nimi źle, z mycia na mycie coraz gorzej. Wyjechałam na dość długo i przyszedł czas na odpoczynek od włosów. Myłam je tylko i czesałam, nawet nie zawsze. Były mega lśniące, ale płaskie, skręt całkiem przestał się utrzymywać, a końcówki robiły się suche i sianowate. Od henny też zrobiłam sobie przerwę. Zmagania wewnętrzne i wywód na temat decyzji zawarłam już w poście Chwyć życie za włosy, jeśli potrzebujecie poznać więcej moich wewnętrznych powodów, to zachęcam do przeczytania. Tam też ostatnie oficjalne (jakkolwiek to nie brzmi) zdjęcia moich długich włosów.
Pomysł na obcięcie włosów pojawiał się już w Stanach. Przemykał przez myśl i znikał, ale jednak wgryzał się w moją psychikę. Początkowo prawie z płaczem z grzebieniem nad wanną mówiłam sobie, ze zetnę je na chłopaka, żeby mi w końcu dały spokój, bo nie mogłam sobie poradzić z ich czesaniem.
Definitywna decyzja zapadła już po powrocie, ale do końca nie wiedziałam, jaki będzie efekt końcowy. Spodziewałam się czegoś do ramion, włosy bardzo chciałam obciąć tak, żeby można je było do czegoś wykorzystać. Widzicie tutaj, że przygotowano mi warkocze na równej wysokości i tak obcięto. Wydaje się to dużo, ale specjalnie te obcięte włosy zważyłam i wiecie co? To nawet niecałe 50 gram... Mam nadzieję, że uda mi się zrobić z nich taśmę, którą będę mogła wykorzystać do zagęszczenia tych, które zostały. Poza tym są ładne, widać na nich ombre...


W pelerynce wyglądałam jeszcze śmiesznie, ale już wiedziałam, że nie będzie źle. Dość dobrze współgrają z moją dużą twarzą. 


Zdecydowałam się na cięcie na prosto, bo bardzo długo to już za mną chodziło. Straciłam skręt, objętość i chęć posiadania długich włosów, więc uznałam, że to będzie najlepsza decyzja. 


Wysuszone na szczotkę prezentują się właśnie tak. Jest to bardzo klasyczna fryzura, czuję się w niej dobrze, a nawet mogę spiąć kucyka czy koka, czego w sumie nawet nie oczekiwałam. 
Dopiero dwa mycia za mną, włosy jako tako się zaginają, nie jest ani lepiej ze skrętem, ani gorzej, jakoś. Ale dzięki ploppingowi do góry nogami jestem w stanie mega podbić sobie objętość, bo te krótkie włosy z tyłu podbijają te na wierzchu. Jestem zadowolona. I nie płakałam :D Na stronę i na insta wrzucę Wam filmik z obcinania, moja mina po odłożeniu warkoczy na stół - bezcenna. To był największy szok i moment, kiedy już dotarło do mnie, że jest za późno. Ciach i już! 


Cięcie zostało oczywiście wykonane w salonie Luna w Ząbkowicach Śląskich, każde moje cięcie od pewnego czasu wykonuję tam i za każdym razem wychodzę zadowolona, bo moje sugestie są wysłuchiwane i wcielane w życie, za każdym razem jest rozmowa i pełna konsultacja. Jeśli chcecie namiary, to wejdźcie TU. Przekieruje Was do nich na stronę na fb.

A, no i moje odrosty! Tak, na razie zamierzam z nimi chodzić. Dopóki nie osiwieję, mam plan na naturalki, później na pewno wrócę do henny, bo henna to życie dla włosów, a nie śmierć od chemii i niszczycielskiego jej działania na strukturę. Także nie mówię nie, trochę też obawiam się już mówić hop, bo nie mam 100 procent pewności, że nagle nie zrobię odrostu... Kobieta zmienną jest i czasem tych zmian potrzeba bardziej niż czegokolwiek, żeby znowu ruszyć do przodu z nową motywacją! Wszystkim Wam życzę nieustającej energii do działania i szczęścia z bycia tym, kim jesteście <3

niedziela, 28 października 2018

Zawsze jest powód, czyli dlaczego włosy wypadają

Zawsze jest powód, czyli dlaczego włosy wypadają
Znowu jesień i, jak liście spadają z drzew, nam zaczynają wypadać włosy… Jeśli rozwiązania szukacie u mnie, to na pewno widzieliście już wpis z zeszłego roku - dostępny pod TYM linkiem. W tym roku nie będę pisać bezpośrednio o tym, co robić, żeby temu zapobiec, ale o tym czym wypadanie najczęściej jest spowodowane. Oczywiście nie odkryję tu przed Wami jakiś niesamowitych, kosmicznych powodów ani tajemnych środków zaradczych, bo wszystkie przyczyny leżą w naszym organizmie. Praktycznie wszystkie czynniki ostatnio pośrednio zostały już wspomniane, ale chcę te dane usystematyzować. Przy okazji może łatwiej będzie Wam też zapamiętać, że dbanie o siebie jest najważniejsze.



Najtrudniejszą przyczyną do samodzielnej walki jest łysienie. Uwarunkowany genetycznie zanik mieszków włosowych, powodujący początkowo tylko wypadanie, a przechodzący w widoczne przerzedzenia i trwale widoczną gołą skórę spomiędzy włosów nie jest wyrokiem. Dodatkowo jest bardzo szkodliwy dla psychiki. Często kobiety nie radzą sobie z tym problemem, kumulują w sobie dodatkowy stres, poczucie bezsilności… A proces łysienia jest jak najbardziej do zahamowania, a nawet do częściowego cofnięcia pod odpowiednią opieką specjalisty. Pamiętajcie - gdy ktoś w rodzinie wyłysiał, a wam zaczynają lecieć włosy, a zależy wam na nich - nie zwlekajcie. Odpowiednio wyedukowany trycholog boryka się z takimi problemami na co dzień w swojej pracy i na pewno może pochwalić się skutecznymi terapiami na pacjentach z podobnym problemem.

Wspomniany wyżej stres, depresja oraz inne choroby skórne i wewnętrzne, ale również stosowane leki czy terapie farmakologiczne bardzo często mają wpływ na wypadanie włosów. Choroby skóry głowy jak łojotokowe zapalenie skóry, łuszczyca, atopowe zapalenie skóry - wszystkie przeważnie występują w parze z wypadaniem. Można je skutecznie leczyć i obserwować poprawę, jednak zawsze istnieje ryzyko na nawrót choroby. Nie ma w tym wypadku czasu na wytchnienie w walce - odpowiednio dobrana do środków leczniczych pielęgnacja to częsty klucz do sukcesu. Grzybice i alergie to dodatkowe niesprzyjające czynniki zwiększające wypadanie. Nawet jednorazowa wysoka gorączka może je spowodować! 
Przeczytajcie kompendium o skórze głowy, żeby dowiedzieć się więcej.

Hormony to nasz największy wróg. Rozregulowane działanie gospodarki hormonalnej wpływa niestety na cały organizm, nie tylko włosy. Najczęściej przez hormony włosy wypadają nam po porodzie, gdy spada estrogen lub gdy mamy problemy z tarczycą. W obu przypadkach przywrócenie równowagi i stabilizacja normuje wypadanie, trwa to trochę, ale włosy utracone z takich przyczyn same odrastają. Zmiany hormonalne także są często częściowo powiązane genetycznie - osoby ze skłonnościami i przypadkami w rodzinie muszą bardziej uważać i trzymać rękę na pulsie. Tutaj uwaga - nawet środki antykoncepcyjne w niektórych przypadkach są w stanie pogorszyć sytuację.

To co jemy i jak odżywiony jest nasz organizm to pierwsza i podstawowa sprawa, na którą powinniśmy zwracać uwagę. Wszystkie składniki odżywcze dostarczane wraz z pożywieniem są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania wszystkich komórek. Niestety każde braki lub zachwianie równowagi odbija się najpierw na zewnątrz - skóra, włosy i paznokcie są niejako zwierciadłem stanu organizmu. Odpowiednie nawodnienie i dieta bogata w owoce, warzywa, kiszonki oraz pestki jest pewną gwarancją zapewnienia organizmowi niezbędnych składników. Pamiętajcie też o witaminie D, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym.

Ostatnim czynnikiem mogącym wpłynąć na utratę włosów jest niewłaściwa ich pielęgnacja, ale ale! Przecież już wiemy, z TEGO wpisu, że wszystko, co dzieje się ze skórą głowy, ma wpływ na włosy. Także zacznijcie od skóry - nie nakładajcie na nią silikonów, róbcie peelingi, masujcie, a wszystko będzie ok. Oprócz tego mechaniczne i fizyczne uszkodzenia włosów poprzez ich rwanie i ciągnięcie także mogą się przyczyniać. Nie używajcie gumek z metalowymi elementami, nie zacieśniajcie kucyka, włosy rozczesujcie od dołu, stopniowo przesuwając się wyżej lub na mokro na odżywce - no i nie czochrajcie ich podczas mycia - dla przypomnienia :). Wysoka temperatura stylizacji i farbowanie chemiczne także zalicza się do czynników ryzyka, ale wszystko stosowane z umiarem i odpowiednimi środkami zabezpieczającymi jest dla nas. Nie dajmy się zwariować.

Trzymajcie się ciepło, pamiętajcie o czapce i do następnego!

sobota, 13 października 2018

Chwyć życie za włosy!

Chwyć życie za włosy!

Czyli oddziaływanie fryzury na psychikę i na odwrót na podstawie filmu i doświadczeń


Wróciłam do żywych i zarazem do Was, a teraz coś nowego - recenzja filmu! I nie będzie to zwyczajna ocena gry aktorskiej, scenariusza czy fabuły. To będzie moja indywidualna życiowa rozprawa o tym, jak włosy potrafią wpłynąć na nasze życie.


To, że nie mam włosów supełkowych ani nawet kręconych nie znaczy, że moje własne nie mogą wpływać na jakość życia i samopoczucie. Z mojej włosowej historii wiecie, że przez znaczną większość życia miałam długaśne fale. Czy z warkoczyków, czy po prostu nierozczesywane... te z dzieciństwa były dość szczęśliwe - czesane przez mamę lub inne osoby trzecie. Im dalej w las, tym jednak były krótsze. Sama nie do końca chciałam sobie z nimi radzić, zaczynając od mody na ścinanie i cieniowanie, powoli zawsze się ich pozbywałam aż do końca gimnazjum.
Jako dziecko wielokrotnie prosiłam mamę o kręcenie wałków, potem dostałam lokówkę... cóż, na punkcie loków zawsze miałam fioła. Sytuacja jest oczywiście całkowicie odwrotna do tej z filmu i na dużo mniejszą skalę, ale jednak odrobinę mam prawo się z nim utożsamiać... a w końcu dochodzimy do momentu przełomu - nikt mi włosów nie zniszczył, to ja sama przesadą w drugą stronę obrzydziłam sobie własne włosy do granic.
Mycie, czesanie, układanie, hennowanie... wszystko zaczęło być udręką, ciężarem, stresem i w końcu koszmarem.


Ile razy już płakałam u fryzjera, bo nie potrafił mnie uczesać... ile razy liczyłam na loki czy fale po pieczołowicie wykonanym podpinaniu czy ploppingu, a wychodziły posklejane strąki... W momencie gdy przestało mi się chcieć, tylko myłam i rozczesywałam przez pół godziny resztę splątanego ombre. Czy warto się męczyć? O zdrowe włosy warto, ale czy na pewno warto walczyć o długie i niesprawiające radości bezkształcie? Zapuszczam naturalny kolor, jak długo jeszcze...? Nie wiem. Kocham swój wiśniowy rudy, uwielbiam się w tym kolorze, ale zmęczyłam się nieprzewidywalnością henny. Nie znoszę się w koku, ale jeszcze bardziej wkurza mnie non stop odplątywanie i wyciąganie włosów spod szelek od torebki czy spod kurtki. Męczy mnie presja pięknych włosów. Frustracja, bo nie są idealne i takie, na jakie liczyłam.
Widziałyście już film? Mam nadzieję, że już wiecie, że żaden facet ani presja matki nie ma prawa decydować czy wpływać na Waszą fryzurę. Oczywiście popieram dialog i racjonalne wyperswadowywanie zielonego irokeza, ale długość i kształt Waszych włosów to tylko i wyłącznie Wasz wybór.
Przesłanie naturalności towarzyszy mi od samego początku, ale co z hipokryzją i ciągłym kręceniem? No właśnie. Niby „wspieramy naturalny skręt”... guzik prawda! Co to za naturalny skręt, który staram się uzyskać przez całą noc, a on pokazuje mi w ciągu piętnastu pierwszych minut poranka, jak bardzo ma mnie gdzieś. O nie! Nie dam się. A fale 2a na tak długich włosach wyglądają po prostu płasko.


Decyzja już padła - ścinam włosy mniej więcej do ramion. Nie na równo, ale też z minimalnym cieniowaniem. Nie oddaję włosów na żadną fundację. Są hennowane i moje. Może ja będę kiedyś potrzebować peruki? A może na razie potrzebuję w szufladzie dowodów na kobiecość, pewność siebie i osiągniecie celu.
Dziewczyny są dla mnie zawsze bardzo miłe - czytam nawet o najpiękniejszych wrocławskich włosach i ideale niejednej, ale niestety - to nie jest mój ideał. Nie mogę napisać, że nigdy nie byłam z nich zadowolona, bo byłam. Wtedy, kiedy były na dole rozjaśnione i kręciły się piękne, ale doprowadzały mnie do szału przy pielęgnacji, bo ciągle były suche, robiły się sianowate i plączące. Czy to znaczy, że nie można mieć wszystkiego? Tego jeszcze nie wiem, ale na pewno ta  sytuacja pozwoliła mi zrozumieć wiele innych zdesperowanych kobiet. Głównie tych kręconych. Włosy, które się nam nie podobają, nie są drobnostką. Nie zawsze mogą być zawinięte w koka czy schowane pod czapkę. Przecież to nie o to chodzi. Wszyscy mówią i chyba sami starają się uwierzyć w to, że to włosy są dla nas, a nie my dla nich, ale włosomaniaczki na pewno rozumieją, że nie zawsze tak jest, zwłaszcza, jeśli włosy stają się jakąś chorą ambicją, a już w ogóle jeśli jest to ambicja kogoś innego...


Film jest o kobietach dla kobiet, pokazuje jak włosy mogą wpływać na nasze życie i jak ważne jest czuć się dobrze w swojej skórze. Nie jest to jakieś wybitne dzieło sztuki, ale historia, która powinna zainspirować. Co zrobicie z włosami to Wasza decyzja, ważne, żeby była dobra i satysfakcjonująca.
Copyright © 2016 po prostu bez kitu , Blogger