Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalne produkty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalne produkty. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 kwietnia 2018

Domowy peeling cukrowy, czyli odrobina DIY

Domowy peeling cukrowy, czyli odrobina DIY

Hej!


Jestem ciekawa jak wiele z was próbowało już samodzielnie zrobić peeling. Nieważne czy do ciała, czy do skóry głowy, zasada jest prawie zawsze taka sama. Jeśli jesteście ciekawi co ja ostatnio zmieszałam, to zapraszam do czytania.


Peelingi ogólnie dzielimy na ziarniste z większymi lub mniejszymi cząsteczkami ściernymi i enzymatyczne lub kwasowe, w których czynnikiem złuszczającym są kwasy lub enzymy roślinne. Oczywiście nie będę się teraz zajmować tymi skomplikowanymi kosmetologicznie, a skupię się na zwykłych mechanicznych - ścierających, których bazą przeważnie jest cukier, sól lub zmielona kawa, która dodatkowo bardzo intensywnie pachnie.


Tym razem mój peeling jest przeznaczony do ciała, bo ulubiony do skóry głowy to glinka - testowałam zieloną i niebieską, obie rosyjskie z fitokosmetik, dodawałam je do maski/odżywki myjącej, Wy możecie dodać do ulubionego szamponu lub Facelle. Jeśli jesteście ciekawi więcej na temat ostatnio testowanego przeze mnie peelingu do skóry głowy od Natury Siberiki, to moja opinia znajduje się TUTAJ.
To piękne DIY ze zdjęcia składa się z cukru i oliwy z oliwek. Dodatkowymi elementami urozmaicającymi są olejek miętowy i suszone płatki róż.
Możliwość wykonania tego peelingu została mi dana na warsztatach marki Natura Siberika podczas IV konferencji Meet Beauty, z której właśnie wróciłam.


Zwykle w domu nie chce mi się bawić w takie DIY, ale uważam, że to błąd, bo każdy ma w kuchni olej i cukier lub kawę. Olejek eteryczny jest tylko dodatkowym i urozmaicającym elementem, a dla tych, którzy lubią balsam do ciała na koniec pielęgnacji, będzie on zbędny.
Taki domowy peeling jest w pełni naturalny, używamy tylko sprawdzonych składników, których nie boimy się zjeść, dosypujemy tylko to, czego tam faktycznie chcemy - cynamon na zimową porę do rozgrzewania, olejek miętowy do odwrotnych wrażeń na lato.


Mój peeling to 7 czubatych łyżek cukru, kilka łyżek oliwy z oliwek - dodacie tylko tyle, żeby uzyskać swoją ulubioną konsystencję, ok. 10 kropel olejku miętowego i 2 płaskie łyżki płatków.

Stosujecie peelingi? Częściej takie do ciała czy skóry głowy? Ja uważam, że oba rodzaje są niesamowicie ważne!

niedziela, 4 lutego 2018

Shea Moisture Smoothie - recenzja #2

Shea Moisture Smoothie - recenzja #2

Hej!


Shea Moisture Coconut & Hibiscus Curl Enhancing Smoothie with Silk Protein & Neem Oil - chyba najdłuższa nazwa z jaką ostatnio miałam do czynienia! Ciekawi produktu i mojej opinii? Zaczynamy!


Smoothie z Shea Moisture (seria łososiowa/pomarańczowa) ma za zadanie nawilżać i definiować grube, kręcone włosy. Ja raczej nie do końca mam takie, dlatego moja propozycja używania go jest troszkę inna niż na opakowaniu - idealna odżywka bez spłukiwania! Pod stylizator, dla niwelowania "sucharków" i ładnego podkreślania skrętu bez puchu.

Opis producenta (znowu moje osobiste tłumaczenie):
Nasze uwydatniające loki smoothie, wzbogacone proteinami jedwabiu i olejem neem, definiuje loki, redukuje puch i wygładza włosy, dając uczucie miękkości i jedwabistości. Olej kokosowy i neem przywracają nawilżenie i tworzą piękny błysk. Bogate w składniki masła roślinne kondycjonują włosy bez ich obciążania, a dla uelastycznienia i zdrowych loków.
Podzielić włosy i aplikować produkt oszczędnie na wilgotne lub suche włosy. Nie spłukiwać. Stylizować jak zwykle. Dla najlepszych rezultatów używać jako kremu do stylizacji do twist-outów, warkoczyków i fryzur typu umyj-i-idź (xD).


BEZ SIARCZANÓW, PARABENÓW, FTALANÓW, PARAFINY, GLIKOLU PROPYLENOWEGO, OLEJU MINERALNEGO, SZTUCZNYCH ZAPACHÓW I BARWNIKÓW, DEA I NIETESTOWANE NA ZWIERZĘTACH.

Historia:
Sofi Tucker zaczęła sprzedawać orzechy Shea na targu wiejskim w Bonthe, Sierra Leone w 1912 roku. Gdy miała 19 lat, owdowiała matka czterech dzieci sprzedawała masło shea, Afrykańskie Czarne Mydło i inne domowe specyfiki do pielęgnacji skóry i włosów. Sofi Tucker była naszą Babcią i Shea Moisture jest jej spuścizną. Wraz z zakupem tego produktu, wspierasz pokrzywdzone kobiety, aby mogły ujrzeć jaśniejszą, zdrowszą przyszłość.


Skład:
Deionized Water - woda dejonizowana
Butyrospermum Parkii (Shea Butter)* - masło shea
Cocos Nucifera (Coconut ) Oil*  - olej kokosowy
Macadamia Ternifolia Seed Oil - olej makadamia 
Magnifera Indica (Mango) Seed Butter* - masło z pestek mango
Persea Gratissima (Avacado) Oil - olej awokado
Vegetable Glycerin - roślinna gliceryna, nawilżacz
Aloe Barbadensis Leaf Extract - ekstrakt z liści aloesu, nawilżacz
Silk Protein - proteiny jedwabiu
Ammonium Salt - sól amonowa, głównie jako konserwant
Melia Azadiratcha (Neem) Seed Oil - olej neem
Daucus Carota Sativa (Carrot) Seed oil - olej marchewkowy
Sorbitol Esters - substancja konsystencjotwórcza, emulgator, pośrednio nawilżająca
Panthenol (Pro-Vitamin B-5) - pantenol, nawilżacz, subst. łagodząca
Caprylyl Glycol - humektant, zapobiega wysychaniu kosmetyku
Essential Oil BlendLonicera Caprifolium (honeysuckle) Flower (and) Lonicera Japonica (Japanese Honeysuckle) Flower Extract - mieszanka olejków eterycznych wiciokrzewu i wiciokrzewu japońskiego
Tocopherol (Vitamin E) - przeciwutleniacz, naturalny konserwant
Hibiscus Flower Extract - wyciag z hibiskusa, przeciwutleniacz, antyseptyk
*Certified Organic Ingredient (certyfikowany, ekologiczny składnik)

Produkt jest oczywiście całkowicie zgodny z metodą Curly Girl - opis metody TU.


Wnioski:
W pełni organiczny kosmetyk z ogromną ilością olei, mega emolientowy. Znowu proteiny jedwabiu, niesamowite podobieństwo składników do Cantu aktywatora, ale z drugiej strony - dużo lepszy jakościowo, bo nie mamy tutaj zapychaczy. Kokos już na trzecim miejscu, wysoko, uważajcie. Niżej roślinna gliceryna, nie jest na tyle wysoko, żeby sama puszyła.

Moja opinia:
Jest to bardzo gęsty produkt, niesamowicie wydajny na europejskie włosy, może obciążać, ale pięknie wygładza i przygotowuje czuprynę pod stylizator. Pachnie obłędnie i długo się utrzymuje. Używałam 3-4 razy i za każdym razem skręt był ładny. Nie było się czego czepiać. Pewnie można ceny, ale wydajność jest zabójcza! Warto kupić i podzielić nawet na 4. Serio. Ja swoją próbkę dostałam od koleżanki, u której też się sprawdza, ale przestrzegamy przed ewentualnym przetłuszczeniem. Sami widzicie, ile tu jest olei :D

Na grupie opinie są mocno podzielone, głównie przez wysokość kokosa w składzie. Również do dostania w Afryka Shopie. Pewnie za granicą łatwiej :) Koleżanka dostała ze Stanów.

P.S. Może ten post doczeka się kiedyś ładniejszych zdjęć - te były robione u koleżanki dla samej mojej informacji o składzie :D

czwartek, 14 września 2017

Moi nieulubieńcy wakacji - skóra i włosy

Moi nieulubieńcy wakacji - skóra i włosy

Hej! 


Post z ulubieńcami dość dobrze się przyjął, aż jestem ciekawa, jak bardzo się ze mną zgodzicie (lub nie zgodzicie) co do moich osobistych bubli. Oczywiście nie wszystkie kosmetyki ujęte w tym wpisie są takimi mocno złymi produktami. Przy każdym będę zaznaczać, dlaczego się nie polubiliśmy - zapraszam do lektury :)


1. Alterra, nawilżone chusteczki oczyszczające z aloesem




Skład: Aqua, Coco-Glucoside, Glycerin, Aloe Barbadensis Leaf Extract*, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum**, Linalool**, Geraniol**, Limonene**.
*składnik pochodzący z certyfikowanych upraw ekologicznych.
**naturalne olejki eteryczne.

Wiem, że wiele z Was go lubi, ale mnie tak skutecznie odpychają te chusteczki... Skład mają ok, oczyszczają też w miarę ok, ale ten smród... Czy tylko ja trafiłam na jakieś wadliwe opakowanie?! Kurczę, te chusteczki tak śmierdzą, że używanie ich to męka. Do zmywania makijażu jeszcze ujdzie, ale mój chłopak wziął sobie jedną do otarcia potu podczas 40sto stopniowych upałów we Włoszech, przez co pachniał naprawdę brzydko. Do tego ta piana zostająca na skórze... Miałam do nich dwa podejścia - we Włoszech i w Chorwacji, za każdym razem było źle. Więcej ich nie kupię.



2. Kafe Krasoty / Le cafe de beaute krem do opalania SPF 30

Skład: Aqua, Cocos Nucifera (Cocos) Butter (olej kokosowy), Titanium Dioxide (Nano) and Aluminia and Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Caprylic/capric triglycerides, Glyceryl Monostearate, Glycerin, Mangifera (Mango) Oil (masło mango), Butyrospermum Parkii (Shea) Butter (masło Shea), Triticum Vulgare (Wheat Germ) Oil (olejek z kiełków pszenicy), Octocrylene, Butyl Methoxydibenzoylmethane, D-panthenol (Prowitamina В5), Allantoin, Xanthan Gum, Parfum , Citric Acid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl alcohol.

Krem składowo jest ok, ale ma jakby dziwną konsystencję. Fazy się w nim rozdzielają, wygląda na zwarzony, do tego cały czas się klei na ciele i tworzy warstwę, która jakby nie oddycha. Zaraz po posmarowaniu czułam się mega spocona, klejąca i brudna. Mam nadzieję, że to nie jest kwestia zepsutego produktu, tylko np. oleju kokosowego, ale stosowanie tego na twarz to męka. Sto razy bardziej wolę być biała od minerałów, np. Biodermy.


3. Vianek, nawilżający krem do twarzy na dzień, intensywnie nawilżajacy na noc i odżywczy pod oczy


Skład - nawilżający na dzień: Aqua, Vitis Vinifera Seed Oil, Triticum Vulgare Germ Oil, Xylitol, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Urea, Coco-Caprylate, Glycerin, Taraxacum Officinale Leaf Extract, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Hydrolyzed Wheat Protein, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.

Skład - intensywnie nawilżający na noc: Aqua, Glycine Soja Oil, Urea, Triticum Vulgare Germ Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glycerin, Argania Spinosa Kernel Oil, Robinia Pseudoacacia Flower Extract, Glyceryl Stearate, Coco-Caprylate, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Xanthan Gum, Sodium Lactate, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid.

Skład - odżywczy pod oczy: Aqua, Glycine Soja Oil, Coco-Caprylate, Prunus Armeniaca Kernel Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Glyceryl Stearate, Humulus Lupulus Cone Extract, Glycerin, Stearic Acid, Cetearyl Alcohol, Lecithin, Hippophae Rhamnoides Oil, Tocopheryl Acetate, Xanthan Gum, Benzyl Alcohol, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Salicylate, Lilial, Hexyl Cinnamal.

Wszystkie 3 nie są dla mnie. Składy mają piękne i bogato wyglądające na pierwszy rzut oka, ale nie nawilżają, kleją się, średnio pachną, do tego pod tymi niebieskimi czuję się podobnie spocona, jak pod powyższym filtrem przeciwsłonecznym. 
Krem pod oczy zostawia moją skórę suchą, może zdecyduję się zużyć go z olejkiem do twarzy, żeby lepiej wilgoć zatrzymać, jednak już teraz nie oszukuję się, że do niego wrócę.
Czuję duży zawód - intensywne nawilżanie powinno nawilżać mnie w choć odrobinie, a tutaj takie rozczarowanie... Wam się sprawdzają? Może jest lepszy do mieszanej lub tłustej cery? Dajcie znać!


4. Saszetki Biowaxów - dla włosów blond i farbowanych


Skład - do włosów farbowanych: aqua, cetyl alcohol, cetearyl alcohol (and) ceteareth-20, cetrimonium chloride, polyquaternium-4/hydroxypropyl starch copolymer, prunus amygdalus dulcis (sweet almond) oil, acetylated lanolin, glycerin, lawsonia inermis extract, mel (honey) extract, parfum, amodimethicone, hydroxypropyl starch phosphate, polyquaternium-59 (and) butylene glycol, benzyl alcohol (and) methylchloroisothiazolinone (and)methylisothiazolinone, citric acid, potassium sorbate, triethanolamine, geraniol, C.I. 16255. - O NIE, AMODIMETHICONE, przeoczyłam :(

Skład - do włosów blond:  aqua, cetyl alcohol, cetearyl alcohol (and) ceteareth-20, cetrimonium chloride, prunus amygdalus dulcis (sweet almond) oil, acetylated lanolin, glycerin, lawsonia inermis extract, citrus medica limonum peel extract, mel (honey) extract, parfum, linalool, hexyl cinnamal, C.I. 19140, benzyl alcohol (and) methylchloroisothiazolinone (and) methylisothiazolinone, citric acid, potassium sorbate.

Kupiłam je specjalnie przed pierwszym wyjazdem na wakacje, ale nie zrobiły nic z moimi włosami, mimo że od razu je tuningowałam. Zapachy bez wyrazu, składy spoko, bo bez silikonów (uwaga, farbowane już mają silikon...), ale jakoś tak... nie powalające. Jednym słowem - meh. Spodziewałam się, że chociaż włosy będą gładkie, a tu... nic. Nie pogorszyły co prawda stanu wcześniejszego, ale na wakacjach potrzebujemy z reguły czegoś sprawdzonego i szybko poprawiającego kondycję włosów - jedna wielka kicha. Zero działania. Bardzo przykre :(
Jedyny plus, że sprzedają je w takich pojemnościach - dla moich włosów 'na raz' i można od razu je przetestować, a nie kupować całego opakowania :)


A Wy zabraliście ze sobą jakieś buble na wakacje? Chętnie przeczytam :)


Niekonwencjonalne diagnozy - konflikt czy zgoda z naturą

Niekonwencjonalne diagnozy - konflikt czy zgoda z naturą

Hej!


Dzisiaj nie dość, że znowu niewłosowo to jeszcze niekonwencjonalnie i pseudonaukowo :D Jeśli nie macie ochoty na taki temat - omińcie ten post :) Nie będzie mi przykro, ale myślę, że jest to ciekawe przede wszystkim dla zainteresowanych nauką i naturą w dziedzinach kosmetycznych. W moim przypadku chodzi też o zdrowie, a ostatnio mam z nim kilka problemów. Jeśli lekarze nie są w stanie pomóc, trzeba znaleźć inny sposób. Zapraszam do czytania :)



Zdecydowałam się opisać dla Was moje doświadczenia z nieliniową diagnostyką organizmu za pomocą słuchawek, pewnego rodzaju dziwnego wzmacniacza i programu komputerowego. Nie będę podawać nazw firm, cudownych preparatów ziołowych ani lokalizacji żadnego z opisywanych i znanych mi 'specjalistów'. Opinię mogę wyrazić, bo ostatnio zetknęłam się z tym procederem po raz drugi w wykonaniu całkiem innej osoby i całkiem innej firmy. Metody opierają się na badaniach i wynalazkach stworzonych pod koniec XX wieku w Omsku w Instytucie Psychofizyki Stosowanej (Rosja) lub inaczej Instytucie Praktycznej Psychofizyki. Wydaja się być dość śmieszne i absurdalne, a jednak.

Moja historia w tym temacie sięga niemal 15 lat wstecz (a może i więcej?), gdy zostało mi przeprowadzone pierwsze badanie. Pamiętam, że musiałam siedzieć niemal bez ruchu, wyjąć wszystkie kolczyki, zdjąć łańcuszek i pierścionek. Na głowę miałam założone słuchawki, a w ręce (lub zapięty na palcu) jakiś kolejny przedmiot podpięty kablem. Na ekranie pojawiało się mnóstwo figur geometrycznych w różnych kolorach i kształtach na schematycznie pokazanych częściach mojego ciała. Najgorsze zawsze były czarne kwadraty i pamiętam je do dziś. Po badaniu dostałam pełny wydruk w kolorze mojego organizmu i tych wszystkich trójkątów, kółek i kwadratów. Miałam łykać jakieś ziołowe kapsułki i doznać cudownego ozdrowienia. Niestety, nie udało się (xD).

Przykładowa grafika wątroby z zaznaczonymi punkcikami (źródło: naturalna-medycyna.pl)

Kolejny epizod, który spotkał mnie niedawno - w wieku 23 lat, był dla mnie trochę innym doświadczeniem. Wiadomo - mam już teraz dużo mocniej wykształconą inteligencję i zaczerpnęłam już sporo wiedzy z różnych dziedzin. Badanie odbyło się tylko za pomocą słuchawek z doczepionym magnesem i urządzonka wysyłającego impulsy (podobno na zasadzie USG, tylko jak u licha przez słuchawki?!). Nie będę zagłębiać się w zasadę działania, bo tutaj ważniejsze jest to, że miałam wrażenie, że to działa! Jak to? Ja, taki sceptyk? A właśnie!
Byliśmy na badaniu całą rodziną, gdy 'skanowany' był tato podeszłam i z ciekawości zerknęłam na ekran komputera - znowu te trójkąty, kwadraty, kółka i wszystkie kolory! Tutaj inaczej niż za pierwszym razem - nie dostałam kolorowego wydruku całego organizmu, tylko jedną kartkę zadrukowaną na czarno schorzeniami, jakie podobno u mnie występują. Najciekawsze w tej metodzie jest to, że początkowy wywiad obejmuje tylko przyjmowane leki, a konsultacja po skanowaniu jest bardzo bogata. Pani pyta czy występuje u mnie to i to, a ja odpowiadam, że owszem... (:O) Tym sposobem kolejny specjalista odradził mi pić mleko i spożywać nabiał, ogólnie to chyba zostały mi same warzywa, kasze i woda (ciepła!) do picia.

W tej chwili nie zdecydowałam się jeszcze na żadne leczenie, ale wiem, że dietę zachowam. Pewne zalecenia wezmę do siebie i zwrócę uwagę na diagnozowane przypadłości. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że podczas pierwszego badania x lat temu została mi zdiagnozowana alergia na jajko kurze, co potwierdził ostatnio przeprowadzony przeze mnie test na nietolerancje pokarmowe Food Detective™ opracowany przez firmę Cambridge Nutritional Sciences (CNS) Ltd. z Wielkiej Brytanii.


Sam test nie jest zbyt skomplikowany do przeprowadzenia samemu, ale u mnie mega dużym problemem było pobranie krwi - nie byłam w stanie uzyskać odpowiednio dużej próbki, a dodatkowo dołączone lancety nie zdały egzaminu - mam problem z ukrwieniem w palcach. Udało się po próbach z dodatkowymi igłami dokupionymi w aptece (a ta granatowa plamka poza polami została po skrzepie, który niestety zdążył się zrobić podczas pobierania).

Wracając do tematu badań falami elektromagnetycznymi - ich właściwością jest wykrywanie schorzeń i możliwych stanów chorobowych z dużym wyprzedzeniem, co obniża jego wiarygodność - ktoś pomyśli 'przecież nie mam żadnych problemów z kolanami', a za kilka miesięcy wyląduje na stole operacyjnym. Takie życie. Jestem jednak zdania, że należy wziąć do siebie te sugestie i zadbać o profilaktykę, ponieważ wszyscy stajemy się coraz starsi i coraz bardziej wymagający robi się każdy organizm. 
Pierwsze zetknięcie w moim przypadku było chyba zbyt szybko, nie widziałam potrzeby badania się, dbania o organizm i swoje zdrowie, a teraz już wiem, jakie to jest ważne - nie tylko dla mnie samej, ale dla przyszłego pokolenia, które już powoli jest w planie, a należy mu się wszystko co najlepsze.

Druga i trochę odrębna kwestia to te cudowne preparaty, w których skuteczność niekoniecznie wierzę, ale z których ideami się zgadzam - witamina C z aceroli, czy kora sosny przybrzeżnej jako antyoksydant - to wszystko super, ale moje pytanie pozostaje bez odpowiedzi - jak organizm rozróżnia syntetyk od natury. Na jakiej podstawie mam uwierzyć w to, że w końcu pozbędę się pasożyta z jelit i przestanie mnie boleć głowa? No cóż, chyba muszę przetestować.

Jako następne ciekawe doświadczenie dodam tylko dwa zdania. Skusiłam się także kiedyś na akupunkturę! Wzięłam ponad 12 zabiegów nakłuwania i nie odczułam efektów. Czy to siedzi w głowie, czy ma już inne podłoże?

Spotkaliście kiedyś takie metody badań? Może mieliście je robione? Jak zapatrujecie się na niekonwencjonalną medycynę? Piszcie koniecznie!


wtorek, 5 września 2017

Kosmetyczne podsumowanie wakacji - uwaga! żadnych włosów

Kosmetyczne podsumowanie wakacji - uwaga! żadnych włosów

Hej!


Dzisiaj pierwsza część moich kosmetyków z wakacji - tych totalnie niewłosowych! Może widzieliście już na moim Instagramie - KLIK, że wrzucałam zestawy produktów do zabrania. Używałam ich na tyle długo, że uznałam, że podzielę się opinią - może przyda się Wam na za rok!


Chyba zacznę jak w rankingu - od ulubionych i niezastąpionych produktów. Są to pierwsze trzy i  ich kolejność będzie przypadkowa, ale pozostałe również uważam za naprawdę trafione i z dobrymi składami.

1. Facelle Intim - chusteczki do higieny intymnej z aloesem



Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Camellia Sinensis Leaf Extract, Chamomilla Recutita Flower Extract, Allantoin, Bisabolol, Glycerin, Ethylhexylglycerin, Propylene Glycol, Butylene Glycol, Glucose, Caprylyl/Capryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Citric Acid, Lactic Acid, BHT, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.

Zastosowanie zgodnie z opisem, jak i do twarzy odświeżająco - SUPER! Jestem pod ogromnym wrażeniem tych chusteczek. Naprawdę nawilżają, nie pozostawiają nieprzyjemnej warstwy na skórze, a w długiej podróży - niezastąpione! Sama nie spodziewałam się, że aż tak je polubię i uznam za najlepsze chusteczki nawilżane, jakie kiedykolwiek miałam! Dużo lepsze od dziecięcych, kwaśne pH 4,2 i neutralny, dość przyjemny zapach.

2. Facelle intim - płyn do higieny intymnej aloesowy



Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Cocamidopropyl Betaine, Lactic Acid, Glycerin, Sodium Chloride, C12-13 Alkyl Lactate, Sorbitol, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Urea, Allantoin, Serine, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Sodium Lactate, Parfum, Sodium Benzoate.

Uważam go za totalny hit - nie tylko wakacji, ale i ostatniego czasu. Odkryłam go dopiero niedawno (to już moja trzecia butelka), ale używam go totalnie do wszystkiego - higiena intymna, mycie ciała i twarzy, włosów. Do wszystkiego jest dobry! Łagodzi wszelkie letnie podrażnienia - po dyskomforcie od słonej wody nie było śladu, gdy użyłam tego żelu. Twarzy nie ściągał mi zbyt mocno, a dodatkowym plusem był brak potrzeby używania toniku. Włosy umyłam nim tylko raz awaryjnie - dlatego nie znajdzie się w drugim zestawieniu, poza tym nie zauważyłam żadnych efektów. Używałam go do ciała przez dwa tygodnie pobytu we Włoszech - moja skóra nie była przesuszona, nie wymagała dodatkowego używania balsamu ani nic z tych rzeczy. Absolutny ulubieniec :)

3. Terra Amazons, Piedra de Alumbre - ałun, naturalny dezodorant



Skład: 100% ałun potasowy.

To produkt, o którym przeczytałam na którejś z grup z naturalnymi kosmetykami. Wśród całej masy kontrowersji dookoła aluminium w dezodorantach, badań nad rakotwórczymi (lub nie) oddziaływaniami itp. już sama nie wiem co uważać - na pewno jest naturalny i je zaiera - jesli przy okazji chcecie się czegoś o nim dowiedzieć, to wg mnie dwa najprzydatniejsze linki - PiggyPeg i PureINCI na FB, a dodatkowo Kosmetologia Naturalnie - wpisy poparte badaniami - sami wyciągnijcie wnioski. Ja tutaj chcę przekazać informacje, że: na mnie działa świetnie - nie hamuje pocenia, ale 100% zabija nieprzyjemne zapachy, wiadomo, w 40 stopniach nie dał rady do końca, ale w 30 i niżej już radził sobie super. Wcieramy zwilżony kryształ w skórę i nie powoduje to powstania żadnej warstwy na skórze, aplikując go po kąpieli na wieczór na wakacjach, miałam cały czas uczucie świeżości - wiadomo, im goręcej, tym szybciej się pocimy, nieraz można wyjść spod prysznica już spoconym, a lato we Włoszech było bardzo upalne. Jestem zachwycona - nie potrzebuję innego dezodorantu na chłodniejsze miesiące!

4. Bioderma Photoderm Mineral SPF 50+ - filtr przeciwsłoneczny mineralny


Skład: Decyl Oleate, Dicaprylyl Carbonate, Zinc Oxide, Caprylic/Capric Triglyceride, Cocoglycerides, Titanium Dioxide, Silica Dimethyl Silylate, Polyhydroxystearic Acid, Tocopheryl Acetate, Hydrogenated Palm Glycerides Citrate, Stearic Acid, Alumina, Tocopherol.

Filtr uważam za porządny - lekko bieli, ale twarz pod nim czuje się dobrze - nawet moja niesamowicie sucha cera. Chroni, bardzo opornie się ściera (długo utrzymuje), ale zmywanie nie jest kłopotliwe. Dobry pod makijaż mineralny. Po prostu się sprawdził i nie narzekałam :)

5. Himalaya Herbals dental cream - pasta do zębów z naturalnym fluorem


Skład: Aqua, Glycerin, Hydrated Silica, Sodium Lauryl Sulfate, Titanum Dioxide, Flavour, Xanthan Gum, Sodium Saccharin, Menthol, Punica Granatum Extract, Calcium Fluoride, Sodium Benzoate, Sodium Sulfate, Zanthoxylum Alatum Extract, Acacia Arabica Bark Extract, Embelia Ribes Fruit Extract, Melia Azadirachta  Leaf Extract, Vitex Negundo Leaf Extract, Thymol, 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Terminalia Chebula Fruit Extract, Terminalia Bellerica Fruit Extract, Embelica Officinalis Fruit Extract.

Pasta jak pasta! Ma przyjemny zapach, jest wydajna, dobrze odświeża oddech i też jestem z niej zadowolona. Dodatkowo opakowanie 50g sprawdziło się super na wyjazd.

6. Ecolab nawilżająca pianka do mycia twarzy do cery suchej i wrażliwej

Skład: Aqua, Sea Water, Organic Aloe Barbadensis  Extract, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Cocoamphoacetate, Sodium Lauryl Sarcosinate, Maltooligosyl Glucoside/Hydrogenated Starch Hydrolysate, Panthenol, Organic Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Hyaluronic Acid, Hydrolyzed Wheat Protein, Perfume, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol.

Pianka jest przyjazna dla mojej skóry, ale mimo wszystko staram się nie używać jej codziennie. Jest delikatna, ładnie domywa. Nie powoduje mocnego uczucia ściągnięcia, ale jest przy końcu listy, bo niby hit, ale taki już mniejszy ;) Jeśli mam być szczera, to polecam ją do przetestowania, ale na wakacjach, gdy skóra dodatkowo była wysuszona przez słońce, wszystkie pianki, żele i myjadła do twarzy są dla mnie zbyt wysuszające. A dodatkowo krem mi się skończył... ale o nim niżej :)

7. GorVita, Żel aloesowy Aloe Vera 


Skład: Aqua (modyfikowany roztwór leczniczej wody: wodorowęglanowo-chlorkowo-sodowej, bromkowo-jodowo-borowej z Uzdrowiska Rabka), Aloe Vera (Aloe Barbadensis) Extract, Propylene Glicol, Gliceryne, Symphytum Officinale Extract, D-Panthenol, Carbomer, Triethanolamine, Allantoin, DMDM Hydantoin.

Super produkt na suchą, opaloną skórę, Dodatkowo na włosy! Nie muszę dużo pisać, lubię go! Zapach ma dość dziwny i teraz wypróbuję innej firmy, ale ten jest jak najbardziej w porządku :)

8. Frei-Haut Oxygen O2 - krem do twarzy



Skład: Aqua, Cera Alba (beeswax), Octyldodecanol, Caprylic/Capric Triglyceride, Ethylexyl Stearate, Polyglyceryl-3 Disostearate, Polyglyceryl-2 Dipolyhydroxystearate, Diethylexyl Carbonate, Glycerin, Propylene Glycol, Zinc Stearate, Magnesium Sulfate, Panthenol, Parfum, Mannitol, Celullose, Ethylexylglycerin, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Auscus Aculertus (butcherbroom) root extract, Ascorbyl Palmitate,  Glycoproteins, Glytamin Acid, Ginkgo Biloba leaf extract, Tocopherol, Lecithin, Valine, Thaeonine, Hydroxypropyl Methylcellulose, Tocopheryl Acetate Caprylyl Glycol, Lactic Acid, Glucose, Sodium Hydroxide, Acetyl Tetrapeptide-40, Phenoxyethanol, Sodium Benzonate, Potassium Sorbate, Sodium Metabisulfate, CI 77007 (Ultramarines), Geraniol, Linalool, Benzyl Benzoate, Hexyl Cinnamal.

Uff, po przepisaniu tego składu już nie wiem, co chciałam o nim napisać xD W żadnym miejscu w sieci nie znalazłam tego składu, ale może słabo szukałam. 
A tak serio - jest to krem, który u mnie nie robił krzywdy, nawilżał cerę, ale był dość tłusty, na pierwszym wyjeździe miałam tylko jego i było ok, na drugi już go nie zabrałam, bo się skończył i moja twarz była mocno sucha. Krem pachnie ładnie, nie zapycha, robi dobre wrażenie i stąd jego miejsce tutaj, ALE jest koszmarnie drogi, niezbyt wydajny i dostępność jest mocno ograniczona - ja kupiłam go u mojej kosmetolog. Na razie nie kupię ponownie.

9. Omia Lab - Aloesowy balsam do ciała

Skład: Aqua, Aloe Barbadensis Leaf Juice*, Glyceryn*, Caprylyc/Capryc Trygliceride**, Cetyl Palmitate, Cetearyl Alcohol**, Prunus Amigdalus Dulcis Oil*, Potassium Cetyl Phosphate, Butyrospermum Parkii Butter*, Chondrus Crispus Powder (Carragenan)**, Tochopherol, Sodium Stearoyl Glutamate**, Xanthan Gum**, Phenoxyethanol, Sodium Benzoate, Citric Acid, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Parfum. (*) z upraw ekologicznych (**) pochodzenie naturalne.

Jest o nim już cały post TUTAJ - skład zachwycający, działanie na skórę spoko - rozmazuje się jednak dziwnie podczas aplikacji i to sprawia, że znajduje się na końcu listy. Do twarzy słabo xD Pachnie też dość dziwnie. Dobrze, że kupiłam go przed wakacjami i prawie zdążyłam zużyć!


Na koniec niespodzianka! Mój numer jeden wersja 2 :D Również jest to bawełna i też rzecz nawilżająca. Jeśli śledzicie ostatnie instastories, to wiecie. TOTALNY HIT I ULUBIENIEC!

Maska w płachcie Etude House SNAIL! 


Skład wrzucam na zdjęciu, nie będę go jakoś mega analizować, ale działanie jest magiczne! Redukuje u mnie suchość, niedoskonałości, nawilża na 24 godziny i wręcz likwiduje pierwsze oznaki trądziku różowatego, który ostatnio zaczął się u mnie pojawiać. Totalny hit - powtarzam.

Na koniec ponawiam zaproszenie na Insta - jest Was już 400 :) Mam nadzieję, że dotrą do Was moje włosy i komuś pomogę! Ginger.shidless to ja :D




wtorek, 15 sierpnia 2017

Reanimacja fal - glutek lniany na gęsto

Reanimacja fal - glutek lniany na gęsto

Hej!


Włosy drugiego dnia - po wstaniu i po reanimacji wodą i glutkiem - efekt mocniejszych loczków
Czytaliście wczorajszy post o miękkich włosach? Fale były delikatne, niestylizowane i niezbyt mocno zdefiniowane. Spałam w rozpuszczonych włosach i na drugi dzień postanowiłam się postarać o coś więcej. Natchniona dyskusją na grupie Curly Girls Polska o glutku lnianym i nowym sposobem na jego robienie - podstawowe metody są TUTAJ - na gęsty żel przeciskany przez skarpetkę rajstopową, postanowiłam przeprowadzić reanimację dla podkreślenia skrętu.

Zdjęcie z tostera, ale widać nawet elementy 3a - po reanimacji - duża objętość
Tutaj włosowa historia ostatnich trzech dni:

Włosy pierwszego dnia po dość udanym włosingu i całonocnym ploppingu:


Sposób na uzyskanie takich włosów znajdziecie w poście tutaj. Wygniatanie z malutką ilością żelu Taft.

Przygotowanie glutka to po prostu duża większa ilość siemienia ugotowana w wodzie, ale odcedzona poprzez wyciśnięcie przez skarpetkę - glut był na tyle gęsty, że sam nie przesiąkał - zdjęcie na dowód! 







A tutaj z kolei plopping - niezbyt elegancka stylizacja...

Oba zdjęcia pochodzą z mojego instastory - taki element na wesoło!




Drugi dzień bezpośrednio po reanimacji - na mokrych włosach. 


Później plopping i na sucho po wygnieceniu mega mocnego żelu, który aż zrobił sucharki:


W tej chwili włosy mam trzydniowe i prezentują się tak: 


Jest to chyba najładniejszy efekt z całych trzech dni po ostatnim myciu glinką (peelingu). Pewnie gdyby nie moja paranoja brudnych włosów, to jeszcze bym ich nie myła, ale tak lubię oglądać je jak schną i z takich prostych i ciężkich od wody robią się fale :D no i zrobiłam znowu tego mega gluta, a nuż stanę się kręconowłosą, a nie tylko falowaną :) efekty pewnie niebawem!

A znacie już mojego instagrama @ginger.shidless? :) Na instastory ostatnio pokazywałam przygotowywanie tego żelu do reanimacji.



poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Miękkie włosy bez kitu

Miękkie włosy bez kitu

Hej!


Na pewno znacie tą satysfakcję, kiedy w końcu możecie sobie powiedzieć, że Wasze włosy stają się po wielu próbach takie, jakich oczekujecie. Udało mi się osiągnąć ten efekt na dwa sposoby, nie tracąc skrętu i koniecznie muszę zdradzić Wam jak!


Pierwszy sposób ma dużo wspólnego z pewną miłą Panią (i tu specjalne podziękowania należą się Iwonie z Hair Witch Project, do której Was zapraszam! Dzięki Tobie moja satysfakcja to 100% zamiast 90 ^^), która poleciła mi po prostu użyć po myciu włosów odżywki bez spłukiwania w postaci Kallosa Color, którego używałam w metodzie OMO - jeśli nie wiecie co to, to odsyłam Was TUTAJ. Kallos Color to jedyna odżywka z tej firmy, która nie zawiera silikonów, a za to ma olej lniany w składzie i nadaje się do pozostawienia na włosach - oczywiście w malutkiej ilości. Pierwszy raz moje włosy po wygnieceniu i wyschnięciu były tak mięciutkie, a fale delikatnie zdefiniowane. Jest to idealny sposób, gdy chcemy uzyskać miękkość i połysk, nie używając stylizatora, a za to uzyskując mega naturalny wygląd włosów - zdjęcia niestety nie mam.


Drugi sposób, który odkryłam właściwie wczoraj, wymagał ode mnie dużo więcej pracy. Ostatnio zrobiłam na włosach ombre, a potem dodatkowo na wakacjach wysuszyłam włosy mocnym słońcem i słoną wodą. Dlatego żeby przywrócić im miękkość i wcześniejszy wygląd postawiłam na olej kokosowy z Vatiki. Jest on w zasadzie mieszanką olei, którą bardzo lubię. Zaaplikowałam go na zwilżone włosy i zostawiłam na 3 godziny w kucyku. Później bezpośrednio na olej wczesałam maskę łopianową z Receptur Babuszki Agafii, żeby zemulgować olej (co równie dobrze, a nawet lepiej, byłoby zrobić na spłukane ciepłą woda włosy), zostawiłam ją na ok 5 minut, a potem przystąpiłam do peelingu skóry głowy. Zieloną glinkę z Fitokosmetik zmieszałam z szamponem O'Herbal w niebieskiej wersji z lnem i wmasowywałam w skalp, aż poczułam, że cała skóra jest dobrze pokryta i została umyta. Wszystko z włosów spłukałam, nałożyłam dwa malutkie groszki żelu Taft na ręce, roztarłam i wgniotłam, zawinęłam włosy w plopping na noc i efekt możecie zobaczyć na zdjęciu na górze strony.

Jako mały bonus podrzucam mojego loczka, który wyszedł poza ramy falowanych włosów xD


Tutaj podrzucam Wam składy użytych produktów, wszystkie są raczej zgodne z metodą CurlyGirl :)
Po kolei: Olej z Vatiki, Maska Łopianowa, szampon O'Herbal, żel Taft.



Moje małe SPA powyjazdowe zaprocentowało! Jeśli macie ochotę dzielic się swoimi lokowymi efektami, zasięgnąc porad i wiedzy od szerszego grona kręconomaniaczek i nie znacie naszej grupy na Fb dla kręconowłosych, to serdecznie Was zapraszam!



sobota, 12 sierpnia 2017

Henna na czerwono - eksperymenty

Henna na czerwono - eksperymenty

Hej!


Oczywiście, że nie zapomniałam napisać o moim ostatnim hennowaniu, ale po prostu technicznie się nie dało! Sierpień to mój miesiąc na wakacje i spędzam je w tym roku wyjątkowo aktywnie :) jeszcze jedna tura przede mną!
Wracając do tematu! Wkręciłam się na maksa w grupę hennową linkowaną już wielokrotnie - ponownie link TUTAJ. Z informacji zaczerpniętych stamtąd i głównie z inspiracji metodami Martyny z bloga hennatto na czerwone włosy z henny - poczyniłam pewne zakupy i oto mój sposób z tego razu - składniki:
100g henny Mumtaz hg,


15-20g amli,
2 łyżeczki hibiskusa,
2 łyżeczki czerwonego drzewa sandałowego,


1 łyżka czerwonej słodkiej papryki,
1 łyżeczka mielonej kozieradki,
1 łyżka siemienia lnianego,
pół litra wody źródlanej - prawie demineralizowanej.


Przygotowanie:
Łyżkę siemienia lnianego zalałam wodą i ugotowałam na luźny żel, przecedziłam i wlałam spowrotem do rondelka, gdzie dosypałam amli, hibiskusa, drzewa sandałowego i pogotowałam na leciutkim płomieniu przez ok. 15 minut. Do henny dosypałam paprykę i zalałam płynem - okazało się, że pół litra to aż zanadto, więc trochę go zostało.
Papkę odstawiłam w cieple na ok 4,5 godziny, a później do lodówki. O kozieradce przypomniało mi się trochę późno i dodałam ją dopiero przed nałożeniem. Resztę płynu dodałam też do papki, gdy kończyłam nakładanie na końce, żeby rzadszą konsystencją dotrzeć do wszystkich zakamarków.
Wannę i miejsce pracy przygotowałam folią i gazetkami reklamowymi, więc nic się nie ubrudziło!


Samo nakładanie o dziwo nie trwało zbyt długo (około 40 minut) i mieszanka pozostawała na głowie przez 5 godzin - pod podwójnym czepkiem i czapką.


Początkowy efekt to mocny pomarańcz, co mnie nawet przestraszyło - w końcu miało być czerwono! 


Na szczęście wszystko ładnie ciemniało i po 72h umyłam włosy szamponem. To efekt całkowicie końcowy:


Z innego dnia i w mocniejszym słońcu - z gorszą stylizacją:


Zdjęcia przed (dostępne w poście o łombre) to zrobione dzień przed hennowaniem ombre za pomocą rozjaśniacza -  będę się starać je ściemniać i jak najbardziej przyczerwieniać - może pomoże mi yemeni, które niedawno zamówiłam 😍

Może jeszcze wahacie się przed hennowaniem? Poprzedni post dowodzi, że rozjaśnianie henny nie spowoduje wystąpienia zielonych włosów, a efekt uzyskany na rozjaśniaczu utrzymuje się bez problemu - oczywiście po kilku warstwach. Podoba Wam się ten kolor? Mam już nawet zwolenników mojego łombre! :)

Śledźcie na bieżąco mój Facebook - pojawił się cykl z pomocą w analizie składów i rozpoznawaniem produktów po nazwach wg INCI, ciekawi? Wpadajcie!

Polecany post

Szampon - jaki wybrać i jak go dobrać

Kompendium o skórze głowy Skoro wiele z Was nie stosuje metody CG (i ja w pełni rozumiem wskazania, które to wymuszają), a wszelkie pro...