niedziela, 19 sierpnia 2018

Yellowstone - najstarszy park narodowy świata!

Yellowstone - najstarszy park narodowy świata!
Hej! Nie mogliście się doczekać relacji podobnie jak ja wyjazdu, więc spieszę z wpisem!
Yellowstone to zdecydowanie do tej pory czołówka najbardziej niesamowitych rzeczy, jakie widziałam w życiu! Chorwackie wybrzeże, morawskie jaskinie, czy Tatry się nie umywają! Ale chwileczkę! To wszystko to osobna kategoria! Czy wypada porównywać świat tak geologicznie inny do czegoś pozornie zwyczajnego? Chyba nie! Właśnie wymyśliłam, że po zobaczeniu już wszystkiego, zrobię dla Was listę najbardziej niesamowitych miejsc na świecie, jakie udało mi się odwiedzić, a tymczasem przechodzę do sedna, czyli Yellowstone!

Prawie w sedno - parująca ziemia, dzikie zwierzę i piękny krajobraz - obraz Yellowstone, który cały czas mam w głowie

Yellowstone - co to i dlaczego


Sam park odkryli traperzy podczas ekspedycji w latach 1804-1806 i już wtedy zapadła decyzja o jego zachowaniu - oficjalnie Parkiem Narodowym Yellowstone został 1 marca 1872. Początkowo mieszkali tam Indianie i dzikie zwierzęta, teraz zostały tylko zwierzęta i turyści.


Yellowstone leży na aktywnym wulkanie, stąd gorące źródła, gejzery, wulkany błotne, fumarole, a przez górskie ukształtowanie terenu, także wodospady. Najsłynniejszy gejzer świata Old Faithfull to główna atrakcja parku, choć z gejzerów także słynie Islandia :)
Samo położenie parku to północ Stanów Zjednoczonych, obecnie większość jest w stanie Wyoming, a obrzeża w Idaho i Montanie.


Skąd pomysł na Yellowstone? No helloł, jeszcze ktoś się zastanawia? Przecież to zaraz obok Grand Canyonu najgłośniejszy (medialnie) park narodowy! I zdecydowanie przyznaję rację tym, którzy to tak nagłaśniają, bo mieć możliwość i nie pojechać, to tak jak strzelić piątkę w totka i nie odebrać nagrody. Specjalnie nie piszę o szóstce, bo wbrew pozorom nie jest tam aż tak idealnie, ale wszystko po kolei!

Planowanie wycieczki - kiedy pojechać do Yellowstone?


Wyjazd do Yellowstone, nawet będąc w Stanach, warto zaplanować z wyprzedzeniem. Ważna wskazówka dla Was, to nie wybierać się nigdzie w okolicach 4. lipca aż do końca miesiąca, bo to okres, gdzie samych Amerykanów jest najwięcej. To ich szczyt sezonu, wszyscy mają urlopy, a dzieciaki nie chodzą do szkoły. Lepszym rozwiązaniem staje się sierpień (my zdecydowaliśmy się na wyjazd do Yellowstone w dniach 7 - 9 sierpnia i nie żałujemy). Od trzeciego tygodnia sierpnia dzieciaki w Kolorado wracają do szkół, nie wiem, czy jest tak w całych Stanach, bo co stan to obyczaj. Ogólnie do parku bez kolejki można wjechać przed 8 rano, udało nam się to trzeciego dnia, ale na głównych atrakcjach i tak parkingi były prawie pełne a ludzi na szlakach dużo.


Zwróćcie uwagę też na fakt, że nasze daty obejmowały wtorek (który zleciał na jeździe i innych atrakcjach), środę i czwartek, gdzie ludzie już wyjechali po weekendzie, a jeszcze na niego nie dotarli. Plan z wyprzedzeniem pomoże Wam zarezerwować sensowny nocleg nawet w samym Yellowstone, ale UWAGA, ceny tam są okropne. Nam ostatecznie udało się znaleźć pokój na ostatnią chwilę z ulicy za 155$ na 4 osoby, co nie było bardzo wysoką ceną, ale taki kompleks Mammoth Springs to nawet 355$ za dwie osoby w pokoju ze wspólną łazienką. Polecam Wam West Yellowstone, zjedliśmy tam pyszną pizzę i super śniadanie w granicach 10$ za osobę i do parku było naprawdę blisko. Nasz motel to Westwood Motel, dwa duże łóżka i łazienka - całkiem przyzwoicie. Nie znajdziecie ich na bookingu, najprościej znaleźć kontakty na street view i dzwonić. Jeśli macie amerykański numer, to nie ma problemu. Nie dajcie się zrobić w bambuko, że ostatnie pokoje, to oni Wam zejdą z ceny. Jedna babeczka próbowała nas tak oszukać i stracilibyśmy jeszcze 20$ więcej (bo ona ma ten pokój ostatni i w ogóle on chodzi po 249, ale nam wynajmie za niecałe 180... BULLSHIT!). To chyba tyle o tych terminach... Pogody nie przewidzicie niestety, choć my mieliśmy piękną, a znajomi tydzień wcześniej trochę w kratkę.


W zimie (oglądałam programy przyrodnicze) jest szansa, że wygląda to jeszcze bardziej spektakularnie, bo dookoła wszystkich źródeł i gejzerów śnieg jest roztopiony. Także przez te wszystkie strumyczki. Może być gorzej z samą jazdą i warunkami drogowymi.

Planowanie trasy


Sama trasa z Kolorado to ponad 550 mil, wprost z Breck do West Yellowstone Google pokazuje 10 godzin. My spędziliśmy w podróży trochę więcej, ale zobaczyliśmy nie tylko park. Tutaj specjalnie pokazuję Wam mniej więcej nasz plan w moim nowym odkryciu, aplikacji RoadTrippers, o której przeczytacie więcej u mnie już niedługo. LINK DO PLANU. Z mieszkania wyjechaliśmy o 5 rano, po równo 4 godzinach byliśmy już w Visitors Center Parku Dinozaurów. Te Visitors Center są tutaj na każdym kroku. Można kupić kartkę, skorzystać z toalety, dostać darmową mapkę i wskazówki co do zwiedzania. Oczywiście, że w planie było jak najwięcej, natomiast zderzyliśmy się dość brutalnie z rzeczywistością (nieomal jak zwierzaki na tym marnym zdjęciu z naszym samochodem).


Wycieczka dzień pierwszy


Kolejka na drodze dosięgła nas tylko pierwszego dnia podczas wjazdu, bo w West Yellowstone straciliśmy ponad godzinę na szukanie noclegu, który równie dobrze mogliśmy zarezerwować już z domu. O cenach (nasz motel za 155$ za 4 osoby) pisałam wcześniej, ale można wyhaczyć coś już za 100 - 110. Gdy wiecie, żeby w lipcu nawet się tam nie wybierać, nie powinniście mieć problemu ze znalezieniem jakiegokolwiek noclegu. Więc do parku wjechaliśmy około 11. Do samej bramki nie czekaliśmy długo, ale później w trakcie kolejka na drodze już za bramką ukazała nam się dość niespodziewanie. Skąd się wzięła, dlaczego? Nie wiemy. Być może zwierzę na drodze albo turyści rządni zdjęć z samochodu w niedozwolonym miejscu... To tylko pokazuje, że zwiedzania parku nie da się w 100% zaplanować. My spróbowaliśmy.


Mapa Yellowstone


Google maps i inne „szczegółowe” mapy nie dostarczą Wam tylu informacji, co ta, którą dostaniecie w parku. Jest też na oficjalnej stronie parku, dostępna TUTAJ. Moja wersja ma nadruk 2016 i myślę, że niewiele się od tego czasu zmieniło. Pokazuje dokładnie plany miasteczek wewnątrz parku i lokalizacje atrakcji. Nikogo nie zdziwi więc, że zwiedzaliśmy po kolei i w większości posiłkowaliśmy się właśnie mapą, choć każde miejsce jest też oznaczone, nie ma opcji, że je ominiecie, bo jest tam tylko jedna główna droga, którą najlepiej zrobić okrążenia.
Pierwsze co zobaczyliśmy po wjeździe do parku, zaraz za kolejką samochodów, to oczywiście rzeka. Piękny krajobraz górski i niesamowicie czysta woda, aż mieliśmy ochotę tam popływać!

Link do mapki w tekście powyżej

Góry i woda kojarzą się tylko z jednym - wodospad! Tak, to pierwsza oficjalnie zaznaczona na mapie atrakcja, przy której był już oficjalny parking i oczywiście pełno ludzi z aparatami. My mamy swoje zdjęcia, a jakże!


Wodospad nazywa się Gibbon Falls i jest dość przyjemny dla oka, choć dla mnie dużo bardziej spektakularny był widok na rzekę już spływającą w dolinie.


Bardzo niedaleko za tą osobliwością krajobrazu natknęliśmy się na nasze pierwsze gorące źródło, a w zasadzie gejzer. Beryl Spring - obiekt nie zaznaczony na mapie, ale od wjazdu z zachodu i po wybraniu najpierw górnego okrążenia, stanowi naprawdę świetną rozgrzewkę przed kolejnymi źródłami. Poniekąd pokazuje, czego można się spodziewać. Jeśli ktoś nigdy wcześniej nie widział gorącego źródła lub buchającej spod ziemi pary, jakby ktoś podłączył tam wylot rury z ciepłowni... to dobry początek.


Artists Paintpots - cudowne miejsce! Kawałeczek ścieżką w las od głównej drogi, mnóstwo kolorowych jeziorek, para, błotne gejzery... coś niesamowitego!



Widok z góry pozwala na objęcie scenerii szerszym kadrem. Kolory stają się bardziej widoczne i kontrastowe, widoki zapierają dech. To moje top 5 Yellowstone! Zdecydowanie. Około 2-3 miejsca!



Właśnie tutaj gotowało się błoto

Po Artists Paintpots dalej na północ znajduje się kompleks gejzerów Norrisa, ale o tym później, bo akurat w naszej chwili wycieczki parking był cały zajęty i musicie się na to też przygotować. Na szczęście jest to miejsce, które jest chyba najbardziej po drodze.

Muzeum Rangerów Parku Narodowego stało się więc naszym kolejnym celem. Samo Yellowstone zostało już założone pod koniec 19 w., czyli w czasie gdzie techniki za wiele nie znano. Strażnicy mieszkali w drewnianych domach w parkach i pilnowali porządku. Tutaj pierwszy ranger.


Moje selfie z samochodem strażników 

Zatrzymaliśmy się w zatoczce obok Roaring Mountain. Chyba miała słaby dzień, bo zbyt wiele pary się z niej nie wydobywało. Dobry przystanek na 3 minuty.



Moja kolejna pozycja z top of the top - Mammoth Hot Springs! Choć nie jest to już zbyt aktywna przestrzeń, jej specyficzność przyciąga uwagę. To tutaj prawdopodobnie mieszka większość J1 pracujących w parku. O ile wioska nie zrobiła na mnie wrażenia, to samo zjawisko owszem. Zobaczcie sami.



Tarasy widokowe rozpościerają się i na górze i na dole, dodatkowo stworzono trasę dla samochodów.



Bardzo przejęci i wykończeni po szybkim marszu w słońcu, zdecydowaliśmy się na zjedzenie szybkiego burgera i ruszyliśmy na wschód.

Kolejne widoki lasów, wodospady, strumienie... pięknie! Po prostu dzika przyroda.


Tak nas ta dzikość wciągnęła, że zdecydowaliśmy się na offroad po parku pewną jednokierunkową drogą o bogatej scenerii i nią dotarliśmy do skamieniałego drzewa.


Drzewo jak słup, najprawdopodobniej pogrzebane przez popiół wulkaniczny skamieniało. Dobra ciekawostka. Kolejne 5 minut i w drogę.


Lamar Valley! Cóż za dolina! Przepiękne miejsce, tam dobrze byłoby zrobić sobie spacer. My nie wysiedliśmy z samochodu, bo powoli gonił nas zachód słońca, a to dopiero północno-wschodni róg parku.


Zwierzęta były najbardziej niesamowitą częścią krajobrazu. Top 5!


Po drodze z doliny nie było zbyt wiele ciekawego. Spieszyliśmy się na kolację i żeby zdążyć przed wyjściem zwierzyny na drogi. Udało się, spotkaliśmy tylko 2 sarny(?). Ta łosica na zdjęciu jest z Mammoth.


Przedostatnim punktem programu był Kanion Yellowstone - przepiękne miejsce, znowu wodospad, ale za to jakie skały!



Bez zatrzymywania się praktycznie po drodze dotarliśmy w końcu do Norris Geyser Basin - ogromna przestrzeń, mnóstwo różnych źródeł i gejzerów, piękne miejsce o zachodzie słońca.



Niestety zaczęło się robić ciemno i zimno. Dzień pierwszy dobiegł końca, a z parku wyjechaliśmy tuż przed 22.

Dzień drugi


Wjazd od zachodu, ale trasa na południe. Mnóstwo gejzerów, tych najsłynniejszych.


Na pierwszy parking dotarliśmy  pół do dziewiątej, a już było tam pełno ludzi. Zdecydowanie więcej niż w okolicy zachodu. Miejsce zatrzymania to Fountain Paint Pots i to kolejne miejsce w top 5 nie przez widoki, a przez gejzery. Spotkaliśmy dwa pierwsze eksplodujące na naszych oczach - nagle zaczęło bryzgać i wyrzucać parę - coś niesamowitego!




Też były bulgocące błota i parujące jeziorka.


Stamtąd rzut beretem do Midway Geyser Basin, na początku nic ciekawego, gorące rzeki z tłem osadu spływające ze wzgórza wprost do rzeki, jakieś urwisko i parujące w dole jeziorko...



A potem?!


Para zmieniająca kolory! Grand Prismatic Spring! Nawet się nie spodziewałam, że najsłynniejsze kolorowe źródło będzie właśnie tu! Żałuję, że nie mam widoku z góry! Top 5? Tak!




Biscuit Basin to znowu kilka źródełek - dziwne miejsce, pustynia i parę parujących jeziorek, jedno wielkie i głębokie niebieskie oraz jedno pryskające z zaskoczenia. Fajny i dość miły spacer, podobało mi się.




Black Sand Basin - nazwa dość huczna, czarnego piasku jak kot napłakał, ale znowu spływająca woda do rzeki i kilka pryzmatycznych źródeł. Można zobaczyć, a wręcz żal nie zajechać.




Najhuczniejszy i sławą i wydobywającym się dźwiękiem - Old Faithful. Wioska to gigantyczna turystyczna pułapka - mnóstwo restauracji, hoteli, wielkie centrum turystyczne, po prostu masakra i jeszcze więcej ludzi.

Poczułam się jak w takiej pułapce na turystę, że nawet nie skupiłam się na innych gejzerach, do których prowadziła ścieżka nieopodal. Zobaczyliśmy wybuch i szybko się zwinęliśmy. Zdecydowanie nie mój klimat.



Ten gejzer jest tak znany przez to, że wybucha regularnie i można przewidzieć czas jego erupcji. Zbierają się wtedy tłumy i oczekują...




Z Lonely Star Geyser zrezygnowaliśmy, bo trzeba było do niego iść spory kawałek, a czas nas gonił. Nie robiliśmy też żadnych pieszych wycieczek oprócz tych po ścieżkach dookoła wcześniej oglądanych gejzerów. Jako rekompensata kolejny wodospad.


Ostatni nasz punkt Yellowstone i moje już ostatnie top - West Thumb Geyser Basin. To wybrzeże jeziorka Yellowstone, a w zasadzie zatoczka, która wybuchła dawno temu i dołączyła do jeziora.







Przepiękne gejzery już w wodzie, dzikie zwierzęta i słońce... aż chciałoby się wskoczyć do tej wody!




Z Yellowstone wyjechaliśmy południowym wyjściem, żeby pojechać przez Grand Teton National Park. Jeśli nie macie co najmniej połowy dnia na pochodzenie tam lub popływanie w jeziorku... dla mnie to strata czasu, jeśli oczywiście Wasza trasa nie przebiega tamtędy. My zatrzymaliśmy się na jedno zdjęcie i byliśmy ogólnie mega zawiedzeni, ale nie zbaczaliśmy z trasy, ani nigdzie nie zajeżdżaliśmy. Jedno zdjęcie i do domu!


Podróż powrotna zajęła nam niecałe 10 godzin, bez żadnego zatrzymywania (oprócz tankowania i kanapek). Wracaliśmy po ciemku już spory kawałek, więc też nie mogliśmy sobie pozwolić na piratowanie.

Wycieczka była piękna, nie zobaczyliśmy kilku rzeczy (jak wulkanu błotnego), ale może znajdę go gdzieś w internecie i nadrobię. Jak najbardziej polecam wycieczkę w to miejsce, nawet na dłużej, bo jest gdzie chodzić i co oglądać.


P.S. Po dłuższym namyśle i konsultacjach z ekipą stwierdziliśmy, że nie warto pakować się w pracę w Yellowstone. Monotonia zabija. Wszędzie daleko, nawet do wypożyczalni, ciągle jesteście w lesie, nawet sklepu nie ma. Pracujecie za 9,5$, śpicie i jecie albo w cenie, albo za symboliczną opłatą. Łazienki wspólne, pod nadzorem strażników. Jak dla mnie straszna opcja. Bardzo dobra wycieczka na tydzień!

Czerwone skały - taka tam mała osobliwość

P.S. 2 Wszystkie zdjęcia oprócz podanej mapki są moją własnością i nie pozwalam na kopiowanie ich i wykorzystywanie bez mojej zgody i wiedzy. Wszelkie udostępnianie z podaniem pełnego linku do tego postu mile widziane, a najlepiej dajcie znać na insta :) Żadnego zdjęcia nie potraktowałam filtrem (oprócz tytułowego), to naturalne zdolności automatów - są tu zarówno zdjęcia z lustrzanki jak i iPhone 6s. Kiedyś pokażę Wam te zdjęcia po obróbce!

TEŻ MACIE TAK JAK JA? Zawsze staram się zrobić zdjęcie tak, jakbym była w danym miejscu sama! Dajcie znać koniecznie :)

środa, 15 sierpnia 2018

Co zabrać do Ameryki?

Co zabrać do Ameryki?

Wyjazd na Work and Travel - czego nie opłaca się zapomnieć zabrać do Stanów


Ten wpis dedykuję wszystkim, którzy zdecydowali się na tak poważny krok, jak wyjazd do Stanów na wizie J1 na Work & Travel. Teraz wiem, że to naprawdę poważna decyzja, niekiedy zderzenie z rzeczywistością prawdziwego życia, pierwsza praca, samodzielność na 100% i wielki świat. Kiedy zdecydowałam się wyjechać i jak to zrobić? Zobaczycie tu:



Połowa mojego okresu pracy już minęła, a ja jeszcze do tej pory zbieram się po przylocie. Wysokie góry, rzadkie powietrze, mocne słońce... ale też trochę jest tak dlatego, że przed wyjazdem złożyło się w moim życiu kilka spraw - sesja, zaliczenia na uczelni, praca magisterska (która jeszcze się pisała w momencie pisania posta, w momencie publikacji czeka już tylko na ocenę od promotora), artykuł na bloga o produktach Arystea... Wszystko bardzo szybko i w jednym czasie, ale prawie wszystko już za mną. A ja lubię wszystko dopinać na ostatni guzik, dlatego w końcu teraz mogę już Wam napisać, co wzięłam i jest moim zbawieniem, a o czym zapomniałam i strasznie jestem na siebie za to zła! 


Co zabrać do walizki na Work and Travel?

Najważniejsze są oczywiście:

  • paszport z wizą i promesa (mimo zniesienia wiz turystycznych tę pracowniczą musicie mieć),
  • ubezpieczenie(!) - nawet nie myślcie o wyjeździe bez niego,
  • pieniądze - gotówka, karty, 
  • telefon z działającym wi-fi i na "w razie wu" roamingiem.



Mówi się, że resztę można kupić na miejscu, ale! JESTEM W AMERYCE! Tutaj jest inaczej, niestety, to nie Europa i właśnie dlatego, że oni tu działają inaczej, to nie zapomnijcie z Polski zabrać LEKÓW, ARTYKUŁÓW HIGIENICZNYCH i KOSMETYKÓW pierwszej potrzeby.


Leki, artykuły higieniczne i pierwsza pomoc


Ja zabrałam wszelkie leki na brzuch - nifuroksazyd, loperamid/stoperan (póki co przydał mi się jeszcze w Polsce na stres przed wylotem), na trawienie, na jelita (sanprobi IBS - probiotyk), tabletki przeciwbólowe, trochę witamin... ale nie zabrałam FURAGINU(!) na dolegliwości pęcherza, które dopadły mnie w drugim tygodniu po zostawieniu okna w sypialni otwartego na noc... a noce tu są przezimne! Potem przerodziło mi się to w jakieś infekcje i dyskomforty intymne, na które oczywiście też nic nie wzięłam, BO MI SIĘ NIE PRZYTRAFI... no akurat! Na szczęście co kilka dziewczyn to nie jedna i zostałam poratowana UroFuraginum i Zenellą MED, ja bym wzięła Lacibios Femina w żelu, bo działa naprawdę dobrze i szybko, i może Clotrimazolum na w razie wu.

Plastry, octenisept, woda utleniona lub chociaż spirytus, coś na ukąszenia albo Tribiotic... Tego nie mam, a w pierwsze wolne obtarłam dość dotkliwie łokieć i kolano, ciągle się goją, a ja musiałam plastry i dezynfekatory pożyczać. No i coś tu gryzie, bardzo dotkliwie, dwa pełne dni bolała mnie ręka od mikrokropeczki w kolorze różowym... Ręka zaczęła puchnąć... koszmar! Skończyłam w punkcie pierwszej pomocy z maścią na opuchliznę i tabletkami przeciwbólowo-przeciwzapalnymi.


Obowiązkowe kosmetyki dla suchej skóry


Z kosmetyków wzięłam mój sprawdzony krem pod oczy (Orientana ze ślimakiem), serum nawilżające z EO laboratorie (Ecolabu) do twarzy, olejek Anabelle Minerals 'Stay Calm', jedną maseczkę w płachcie na podróż samolotem (i trochę uratowała mi życie!) i jedną na później. Balsam do ciała z Resibo (<3), filtry przeciwsłoneczne i żele Isana - 2 sztuki do mycia, Facelle Aloe (żałuję, że tylko jedno), trochę innego żelu do mycia i hydrolatu oczarowego w 100 ml buteleczkach. W Kolorado jak dla mnie obowiązkowa jest też pomadka ochronna, najlepiej ze 3 mega mocno nawilżające - zderzenie z tym suchym powietrzem i zmęczenie po podróży z ust robią Saharę. No i krem do rąk, bo przy myciu mydłem co 15 minut też są w strasznym stanie. Oczywiście kilka wacików, maszynka do golenia, patyczki do uszu... to wszystko możecie tu kupić dość tanio.

No i co się okazało? Że nie mam nic po opalaniu, a mój krem pod oczy skończył się od razu... Bardzo żałuję, że nie wzięłam też kremu do twarzy z Resibo :( ale w zasadzie to tyle,  z kosmetykami jednak dobrze stoję i kupiłam do włosów już dwa nowe, które zapowiadają się na ulubieńców w następnych postach.


Ubrania i warunki mieszkalne


Ubrania to żadna filozofia, ale ważne, żeby mieć wystarczająco bielizny na około 2 tygodnie, kurtkę górską/przeciwdeszczową, co najmniej jeden polar, górskie buty, wygodne spodnie... Piżama w zależności od zakwaterowania - zauważyłam, że te stany w centrum kontynentu cechują się naprawdę ogromnymi wahaniami temperatury. Gdy w dzień jest spokojnie ponad 20 stopni, w nocy może być nawet 1. Ale tu są góry!



Z ubraniami też dobrze stoję, choć mam zadziwiająco mało koszulek jak na mnie! My do pracy dostajemy bluzy, spodnie i fartuchy na przebranie. Musieliśmy kupić nieślizgające się buty i dostaliśmy czapki. Inne pozycje dostały tylko koszulki, a jeszcze inne koszule, kapelusze/czapki, spodnie, kurtki, okulary przeciwsłoneczne... Zależy bardzo od pozycji, na którą przyjedziecie, o Vail na pewno powstanie post podsumowujący!


Akcesoria


Po pierwsze przejściówka! Jestem zdania, że jedna wystarcza w zupełności jednej osobie, my mamy dwie przejściówki i komputer z kablem amerykańskim. Telefon i laptopa można ładować w innym czasie, a suszarki, prostownice itd... nie polecam! Mimo przejściówki te polskie są przystosowane do innego napięcia w sieci i wszystko oprócz ładowarek będzie źle działało. No i nie próbujcie amerykańskich podłączać w Polsce! Przegrzeją się lada moment po włączeniu. Taki sprzęt kupicie tanio z drugiej ręki na przykład w sklepach typu good will.

Komputer przydaje się bezapelacyjnie, bo planowanie podróży na telefonie to po prostu koszmar. Ale uważałam tak, zanim trafiłam na mój HIT - aplikację Roadtrippers. Wygodnie było dodawać kolejne przystanki i sprawdzać przebieg trasy.

Oczywiście aparat, karty pamięci lub dysk zewnętrzny, może kamera? Wspomnienia warto jak najlepiej uwieczniać, ja na razie nagrywam telefonem oprócz samych zdjęć. Samo Breckenridge możecie zobaczyć już u mnie na YouTube, np. tu:


Niezbędne przy wynajmowaniu mieszkań w Breck Terrace, niestety - prześcieradło, poszwa/śpiwór (można kupić kołdrę, ja mam swoją Ralfa Laurena z Thrift Shopu za 10$), poszewka na poduszkę - jeśli dacie radę przywieźć całą - szacun! Tego nie wzięłam i żałowałam. Ręcznik, klapki/kapcie. Przydatne mogłyby być sztućce, w walizce praktycznie nie zajmują miejsca, a na początek stanowią niepotrzebnie większy wydatek startowy. Ostry nóż, może i deska do krojenia. Kilka polskich przypraw, kocyk.

Wpis okazał się dla mnie dość emocjonalny, dlatego napisany jest lekko chaotycznie, ale na świeżo najlepiej dzielić spostrzeżenia, bo nic nie zdąży umknąć. Na pewno jeszcze coś wyjdzie "w praniu", które apropo wychodzi dość drogo - weźcie sznurek na pranie, żabki i trochę proszku, w górach wszystko schnie na balkonie max 2h. W sklepie kapsułki wychodzą dość korzystnie. 

Póki co zostawiam Was z tym i mam nadzieję, że skorzystacie przy planowaniu swojego ekwipunku! Bardzo żałuję, że nie zrobiłam szerszego researchu. Jeśli Wy już macie Stany obcykane, to piszcie do mnie koniecznie!

Moje amerykańskie kosmetyki już w kolejnych wpisach :) 

sobota, 14 lipca 2018

Składy i składy! Szampony vs ja na żywo

Składy i składy! Szampony vs ja na żywo

Hej!


Na YouTube pojawił się film i to już kolejny z serii "nauczę Cię czytać skład, jeśli tylko chcesz", dlatego pojawia się także post! Mam nadzieję, że nie zapomnieliście, że mam bloga i że warto tu wpaść chociażby po kompendium wiedzy już zapisanej ;)  TUTAJ link do filmiku.


Tym razem szczegółowo skupię się na szamponach i płynach do mycia - w filmiku mówię o Joannie, O'herbalu, EO laboratorie, Tołpie i Facelle - wszystkie mają ładne składy, ale zaliczają się do różnych kategorii. Mocne, średnie i delikatne to główny podział szamponów - bardzo wiele właśnie z tym podziałem zostało przeze mnie umieszczonych w TYM wpisie i są to wszystkie według mnie godne uwagi szampony z Rossmanna. Na samym końcu wpisu znajdziecie też składy wspomnianych kosmetyków przeanalizowane w całości :)
Mam też filmik, który zawiera dużo więcej szamponów i opisów - warto przy okazji do niego wrócić:


1. Przy zakupie szamponu musisz znać swoją skórę głowy, bo szampon służy do jej odpowiedniego oczyszczania. Wszystkie informacje w kompendium o skórze głowy TU.
2. Przed wyjściem do sklepu najlepiej przestudiuj ściągędowiesz się z niej i wszystkich grupach składników i sposobach ich odróżniania - poza tym zawsze możesz zabrać ją ze sobą JEST TU
3. Wpis o INCI / ingredients - zasady komponowania, przydatne wskazówki, spis ze wszystkimi potrzebnymi informacjami TUTAJ.
4. Zastanów się czego potrzebujesz! Mocnego szamponu? Delikatnego? A może jednak odżywki...? :)
W końcu doszliśmy do listy przedstawianych przeze mnie składów - tutaj macie kompletną analizę, na YT porównacie, które składniki traktuję poważnie i nimi się sugeruję, a które pomijam.

Joanna Tradycyjna Receptura 

Regulujący SZAMPON do włosów  z łupieżem TATARAK i TYMIANEK
Skład:

Aqua - woda, 
Sodium Laureth Sulfate - SLeS, anionowa substancja powierzchniowo-czynna, 
Cocamidopropyl Betaine - substancja myjąca średniej mocy, 
Propylene Glycol - nawilżacz, 
Sodium Chloride - sól, zagęstnik, 
Glycereth-2 Cocoate - zagęszczacz i stabilizator piany,
Cocamidopropylamine Oxide - amfoteryczny środek powierzchniowo czynny, antystatyk, 
Acorus Calamus Root Extract - ekstrakt z korzenia tataraku, 
Thymus Vulgaris Leaf Extract - ekstrakt z liści tymianku, 
Polyquaternium-7 - antystatyk, 
Allantoin - alantoina, nawilżacz, kondycjoner, 
Citric Acid - kwas cytrynowy, regulator pH, 
Disodium EDTA, Parfum, DMDM Hydantoin, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone - konserwanty i zapach

Krótka opinia: 
Mega zdzierak, zapach tabletek na gardło, ciężkie rozczesywanie. Nie lubiłam się z nim, za to mój chłopak owszem.


EO laboratorie 

szampon uspokajający do wrażliwej skóry głowy z aloesem
Skład:

Aqua - woda, 
Centaurea Cyanus Water - woda z bławatka, 
Aloe Barbadensis Leaf Extract - ekstrakt z liści aloesu, 
Lauryl Glucoside - delikatny środek myjący, 
Cocamidopropyl Betaine - średni środek myjący, 
Sodium Lauroyl Methyl Isethionate - łagodny detergent, 
Coco-Glucoside - delikatny środek myjący, 
Glycerin - nawilżacz, 
Malva Sylvestris Extract - esktrakt z malwy, 
Hibiscus Sabdariffa Flower Extract - ekstrakt z kwiatów hibiskusa, 
Simmondsia Chinensis Oil - olej jojoba, 
Glycereth- 2 Cocoate - zagęszczacz i stabilizator piany, 
Triticum Vulgare Germ Oil - olej z pestek winogron, 
Parfum, LacticAcid, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Dehydroacetic Acid, Benzyl alcohol - kompozycje zapachowe, konserwanty, regulatory kwasowości.

Krótka opinia:
Bardzo przyjazny, pieniący się, ale dość delikatny, dobry do częstego stosowania w wakacje. Lubiliśmy się.


Tołpa green odbudowa

regenerujący szampon do włosów zniszczonych
Skład:

Aqua - woda, 
Cocamidopropyl Betaine - średni środek myjący, 
Disodium Cocoamphodiacetate - substancja myjąca, wspomagacz i zagęstnik piany, 
Behentrimonuim Chloride - delikatny środek myjący, 
Cocamide DEA - substancja myjąca i renatłuszczająca,
Laureth-7 Citrate - emulgator, 
Sodium Lactate - nawilżacz, 
Peat Extract - ekstrakt z torfu, przeciwzapalny, bakteriobójczy, ściągający, łagodzi podrażnienia, 
Hibiscus Esculentus Seed Extract - ekstrakt z nasion piżmianu jadalnego, rośliny ślazowatej, 
Avena Sativa Kernel Extract - ekstrakt z owsa, 
Cocodimonium Hydroxypropyl Hydrolyzed Wheat Protein -delikatnie myjąca substancja, antystatyk
Lactic Acid - kwas mlekowy, nawilżacz, regulator pH, 
Styrene/Acrylates Copolymer - substancja błonotwórcza, powlekająca, 
Propylene Glycol - nawilżacz, 
Parfum - kompozycja zapachowa, 
Phenoxyethanol - konserwant, 
Caprylyl Glycol - emolient tłusty.

Krótka recenzja:
Cały czas miałam po nim tępe włosy, skład niby ok, ale niby... jednak lipa. Nie kupię więcej.


O'herbal z ekstraktem z chmielu

szampon do włosów  kręconych i niezdyscyplinowanych
Skład:

Aqua - woda, 
Sodium Myreth Sulfate - SMS mocna, anionowa substancja myjąca, 
Cocamidopropyl Betaine - średnia subst.myjąca, 
Sodium Lauryl Glucose Carboxylate - sufrakant, zagęstnik piany, kondycjoner, 
Lauryl Glucoside - delikatna substancja myjąca, 
Olive Oil Glycereth-8-Esters - kondycjoner,
Hydrolyzed Milk Protein - hydrolizowane proteiny mleczne, 
Cocamide Mea - składnik myjący, zagęstnik, 
Glycereth-2 Cocoate - zagęstnik i stabilizator piany, 
Lauryl Lactate - emolient, 
Humulus Lupulus  Cone Extract - ekstrakt z chmielu, 
Polyquaternium 10 - antystatyk, 
Disodium Edta, Citric Acid, Glycerin - nawilżacz, Parfum, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Sorbic Acid - konserwanty, zapachy, regulatory pH.

Krótka opinia:
Zdzierak, ładny i przyjemny zapach, rozczesywanie to koszmar, ale używałam do oczyszczania przed henną.


Facelle Intim Aloe

płyn do higieny intymnej - mój ulubieniec!
Skład:


Aqua - woda, 
Lauryl Glucoside - delikatny środek myjący, 
Cocamidopropyl Betaine - substancja myjąca średniej mocy, 
Lactic Acid - kwas mlekowy, regulator pH, 
Glycerin - nawilżacz, 
Sodium Chloride - sól, zagęstnik, 
C12-13 Alkyl Lactate - emoliet, 
Sorbitol - nawilżacz, 
Coco-Glucoside - delikatny środek myjący,
Glyceryl Oleate - emolient tłusty, 
Urea - mocznik, nawilżacz, 
Allantoin - nawilżacz, 
Serine - aminokwas, 
Aloe Barbadensis Leaf Extract - ekstrakt z aloesu, 
Sodium Lactate - nawilżacz, 
Parfum, Sodium Benzoate - zapach, konserwant.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Ręcznik specjalnie do włosów? Zabezpieczanie mokrych włosów na noc i nowości od Arystea

Ręcznik specjalnie do włosów? Zabezpieczanie mokrych włosów na noc i nowości od Arystea

Mokre i suche włosy w nocy


Suszenie i naturalne schnięcie włosów to coś, czego najbardziej nie lubię. Wymieniłam tutaj obie czynności, więc tak, nie lubię całego tego procesu, który zachodzi po umyciu i stylizacji włosów. Też tak macie? Wygniatanie, odsączanie, plopping i koszulka to mój rytuał, który zawsze przynosi dość dobry efekt. Całkiem szczerze – stylizowanie i suszenie długich, niskoporowatych włosów w taki sposób, żeby wydobyć z nich jakikolwiek skręt to nie lada wyzwanie. Do tego te moje uparte fale... Wszystkie włosowe siostry z typem skrętu 2a i 2b na pewno się ze mną zgodzą, że osiągnięcie good hair day’a (dnia dobrej fryzury) nie zawsze jest proste, przy czym to ostatnie słowo jest tutaj kluczowe. Włosy mi się buntują, a suszenie dyfuzorem za każdym razem przez co najmniej 40 min  to ogromna strata czasu i prądu (czas suszenia chłodnym nawiewem na zmianę z lekko ciepłym), więc jedyne pozostałe słuszne rozwiązanie to zawinięcie ich i suszenie w ploppingu, żeby mogły nabierać ładnego kształtu.

Jeszcze tajemnicza paczuszka... :D
Spanie w zawiązanych w grubą koszulkę włosach nie należy do najprzyjemniejszych, choć uważam, że odporna na trzymanie czegokolwiek na głowie jestem. Od małego spałam na wałkach, z włosami zawiniętymi na papilotach czy skarpetkach. Wszelkie warkocze, koki czy kucyki to dla mnie często dużo lepsze rozwiązanie niż rozpuszczone włosy w ciągu dnia, ale czy wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, co z włosami dzieje się w nocy? Ocierają się o siebie i pościel, jeśli nie są związane, można je przez przypadek nawet wyrwać! Ananasy i inne zawijasy nie są dla mnie najwygodniejsze,  tym bardziej że długie fale nie mają szans zostać utrwalone związane w ten sposób. Dlatego  oprócz tego, że postawiłam na jedwabną poszewkę na poduszkę i od tamtej pory zauważam u siebie sporo mniej splątanych pasm, to w połączeniu z ploppingiem na mokrych włosach, a potem już rozpuszczonych, uzyskuję najlepsze rezultaty w skręcie. Ogólnie spania w rozpuszczonych włosach na jedwabnej poszewce nie uważam za zbrodnię i zdarza mi się coraz częściej, bo na mój skręt to akurat po tej pierwszej nocy nie ma już wpływu.

Łuski czepiają się o siebie i o ręcznik

a później wszystkie włosy plączą się niemiłosiernie


Chcę tutaj pokazać Wam włos – najlepiej zdjęcie spod mikroskopu. 

Źródło: https://m2hair.wordpress.com/2013/02/12/the-truth-about-hair/

Widzicie te odstające części? To są właśnie te sławne łuski, które określają naszą porowatość. Od tego jak bardzo przylegają do łodygi zależy jak szybko włosy schną, jak bardzo się puszą, plączą, są wrażliwe... Chłodna woda na koniec mycia i płukanka octowa sprawiają, że włosy są dużo bardziej lśniące, bo łuski są wtedy szczelnie domknięte (najszczelniej z własnych możliwości). 

Źródło: https://www.istockphoto.com/be/photos/cheveu-microscope?excludenudity=true&mediatype=photography&phrase=cheveu%20microscope&sort=mostpopular

Włosy z natury mają kwaśne pH, dlatego nie lubią się z neutralnymi pH szamponów dla niemowląt. Doszliśmy już do wniosków, że mokre włosy są dużo bardziej podatne na zniszczenia mechaniczne, dlatego czeszemy je na sucho przed myciem lub podczas na odżywce, która robi lepszy poślizg na rozwartych ciepłą wodą łuskach. Nie pierzemy podczas mycia, tylko wygniatamy z pianą z szamponu spływającą ze skóry głowy po długości lub wczesujemy odżywkę. Unikamy pełnego wypustek ręcznika frotte, którego włókna sczepiają się z otwartymi na mokro łuskami włosów i powodują ich wyrywanie, niszczenie struktury. Takie osłabione włosy dużo częściej się łamią, są matowe i kołtuniące, dlatego tarmoszenie zamieniamy na wygniatanie i używamy gładkiego, miękkiego materiału, żeby zminimalizować wszystkie ewentualne negatywne skutki. Sama zmieniłam ręcznik frotte, który tak uwielbiam do ciała, na bawełnianą koszulkę, a później na... no właśnie! Teraz główny punkt programu i moje nowe hitowe produkty do włosów, a w zasadzie akcesoria ułatwiające wszystkie wyżej opisane przeze mnie nielubiane czynności suszenia włosów.

Nowy ręcznik specjalnie do włosów?!


Ten fragment tekstu piszę specjalnie w dniu, w którym otworzyłam przesyłkę:
Produkty marki Arystea są u mnie nowością i szczerze – nie mogę doczekać się testów! Paczuszka przyszła do mnie elegancko zapakowana w gustowny biało-złoty karton z minimalistyczną grafiką. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, była wstążeczka i napis ‘Have a lovely hair!”. Muszę przyznać, że to bardzo miłe!


Po rozwiązaniu wstążeczki i otworzeniu pudełka moim oczom ukazała się instrukcja „jak zrobić plopping” – jeśli kupujemy produkt na prezent, na pewno będzie dobrym wprowadzeniem do pielęgnacji włosów dla kogoś niewtajemniczonego. Na wejściu producent sugeruje nam powinowactwo z włosami kręconymi <3.


Dopiero przy edycji zdjęcia zauważyłam napis "*Pamiętaj! Produkt należy wyprać przed pierwszym użyciem.". Nie zrobiłam tego i niżej przeczytacie wrażenia z tym związane. Za to już podzielę się wnioskiem - zróbcie to. Pozbywamy się wtedy wszystkich zanieczyszczeń z produkcji, środków konserwujących i wszystkiego w tym stylu.

Oryginalna grafika ze strony producenta, do zobaczenia TUTAJ
W paczuszce znajdują się dwie rzeczy – TURBAN I RĘCZNIK DO WŁOSÓW! Czy to nie cudowne? Ktoś w końcu o nas pomyślał!


Stylistyka i wykonanie obu jest identyczne. Biały materiał wykończony subtelną złotą lamówką. Turban posiada guziczek (do umieszczenia nad czołem lub nad karkiem) i pętelkę na ogonku do wygodnego zaczepiania zawiniętych włosów, a ręcznik ma dość spory, prostokątny rozmiar i również pętelkę, za którą możemy łatwo powiesić go w łazience.
Arystea zadbała o naturalność – materiał to stuprocentowa bawełna i to mega miękka w dotyku. Faktura jest gładka, ale jednocześnie wyposażona w delikatne wypustki, które pozwalają na pochłanianie większej ilości wilgoci.
Tutaj myślę, że przyda się porównanie. Na rysunku widzicie zdjęcia spod mikrokamerki - różowy to mój ręcznik frotte do ciała, a biały to materiał od marki Arstea. Zdjęcia zrobiłam w dwóch powiększeniach - 500 i 1000 razy. Na pewno zauważacie jak duże wypustki są na zwykłym ręczniku i że mają wielokrotnie większe szanse na zaczepianie o łuski.
.
..
Moje wrażenia po pierwszych użyciach bez prania:
To coś przedziwnego. Mnóstwo wody odgniatałam w ten ręcznik, w niektórych momentach wręcz czułam, że przez niego przesiąka, a jednocześnie praktycznie nie czuć jej na ręczniku, jakby ciągle był suchy. Spadające na ręcznik krople w niego nie wsiąkają, choć z włosów podczas odgniatania trochę wody zniknęło.
Jest też niesamowicie lekki – jednej warstwy wcale nie czuć na głowie, przy dwóch robi się wrażenie cienkiej koszulki. Jestem zaintrygowana, naprawdę...!
Najpierw plopping - próbowałam zrobić według instrukcji - cały ręcznik był na to za duży, więc złożyłam go wzdłuż na pół. Włosy po rozłożeniu orientacyjnie na boki wystawały mi za krawędzie, ale to nieistotne, bo nie na tym to polega 😀 wyszedł mi dość przedziwny twór, możecie podglądnąć na zdjęciach sprzed pójścia spać.


Dziwnie się w nim czułam, więc to zdjęłam, złożyłam w poprzek i zawinęłam na takiej samej zasadzie, jak robię to z koszulką. Po zmianie nie możecie stwierdzić, że nie wygląda to lepiej! Wygodniejsze jest o niebo! Na poniższej sklejce widać pętelkę do wieszania!

Wybaczcie mi jakość tych zdjęć, naprawdę szłam później spać...
Pierwszą zagwozdką był dla mnie stopień wysuszenia włosów po 5ciu godzinach w zawiniętym ploppingu – wniosek jest taki, że spałam zbyt krótko, żeby włosy zdążyły wyschnąć, ręcznik złapany podwójnie też nie był specjalnie cieńszy od koszulki.

Zbliżenie na detale - guziczek i obszycie lamówki, według mnie perfekcja
Przy drugim podejściu do testów użyłam i turbana i ręcznika. Przy włosingu turbanem owinęłam naodżywkowane włosy w foliowym czepku, a po myciu i stylizacji odgniotłam mokre włosy w ręcznik i zawinęłam na ok. 2,5h w plopping w turbanie. Włosy oczywiście mi nie wyschły, ale jest to sposób mega wygodny! Nic mnie nie uwierało, materiał jest lekki, cienki, a dodatkowo wygląda się nawet ładnie – nie to co "gangsta look" w koszulce!


Następnym krokiem będzie wypranie i ręcznika, i turbana – aż jestem ciekawa czy cokolwiek się zmieni, choć chłonność powinna. Do tej pory nie znalazłam informacji o praniu – rozejrzę się jeszcze dokładniej, bo ciekawi mnie zalecana temperatura i to, czy gdzieś jest napisane, że powinno się wyprać te rzeczy przed użyciem. (Po przeczytaniu tekstu do tej pory dokładnie, wiecie już, że informacja jest na karteczce z ploppingiem dołączonej do paczki). Ważna sprawa – po dwóch użyciach nie zauważyłam odbarwień z henny na ręczniku, podczas gdy na koszulce już byłyby widoczne po pierwszym suszeniu włosów.


Pranie i używanie po praniu:
Ręcznik i turban wyprałam jak zawsze podobne rzeczy razem ze zwykłymi ubraniami w jasnych kolorach w pralce. Nie zrobiłam tego ręcznie, jak jest napisane na metce (oczywiście temperatura i inne wskazania tam są), bo jestem zbyt leniwa. Ręcznie piorę tylko swoją jedwabną poszewkę. Zdziwicie się, że nic im się nie stało? Dla mnie było to oczywiste od początku. Wszystko jest naprawdę porządnie zeszyte, lamówka też jest bawełniana, nic się nie zmieniło w porównaniu do stanu sprzed prania oprócz chłonności i miękkości. Teraz materiał stał się bardziej ręcznikiem, wszystko ładnie wsiąka. Według mnie nic nie powinno się dziać, ale dla pewności później będę je wrzucać w woreczkach na pranie, a szczególnie turban, żeby guziczek się nie porysował. Producent jest pewny swojego produktu - dostałam informacje, że nawet wygotowanie nie powinno spowodować żadnych szkód w materiale, bo przecież jest to bawełna.


Wszystko, tak jak napisałam wyżej, teraz wsiąka o wiele lepiej, włosy wygniata się bardzo łatwo w ręcznik, a turban jest bardzo wygodny do spania, choć sam mi spadł, gdy poszłam w nim spać. Muszę przetestować go jeszcze kilka razy, żeby przekonać się, czy po całej, regularnej nocy włosy wyschną w przeciwieństwie do koszulki. Może, żeby nie spadł wystarczy mocniej go skręcić...? Po kilku próbach widać, że da się to dopracować!


Dopracowania wymaga też moja technika układania włosów w turbanie, bo jeśli chcę używać go do ploppingu, to w zagłębieniu na głowę trzeba ułożyć włosy, a nie rozłożyć na całą długość ogonka. 
Tutaj pokazuję jak mi to wychodziło krok po kroku.


Koncepcja jest dla mnie świetna! Materiał cieniutki, oddychający, czyli na pewno o wiele lepszy dla skóry głowy niż tradycyjny ręcznik czy koszulka. Dodatkowo bardzo szybko schnie z całkowicie przemoczonego. Zajmuje niewiele miejsca, można zabrać go na każdy wyjazd - ze mną oba jadą do Stanów! Można je prać w pralce bez obaw, choć najlepiej nie używać płynu zmiękczającego.


Uważam, że są to dopracowane produkty stworzone z myślą o włosomaniaczkach. Do ploppingu nadają się oba - ręcznik i turban, choć ten drugi na pewno lepiej się nosi i tworzy tylko jedną warstwę na głowie. Powyżej krok po kroku odgniatanie włosów w ręcznik - nie widać, że został mokry, ale za to widać, jak trochę bardziej pod koniec włosy są pofalowane.


Jeśli macie problem z wymyśleniem prezentu, gdy ktoś Was pyta, co chcecie dostać, albo macie przyjaciółkę włosomaniaczkę, to w tym wpisie są co najmniej dwie inspiracje - jedwabną poszewkę na poduszkę i produkty Arystea, które dostępne są pod TYM LINKIEM :).

Wpis sponsoruje marka Arystea, aczkolwiek moja opinia i wszystkie spostrzeżenia są szczere i zgodne z prawdą. Odpowiem też w komentarzach na pojawiające się pytania! Piszcie śmiało czy zdecydujecie się na te cuda, bo w asortymencie włosomaniaczki znaleźć się powinny - znacznie ułatwiają życie! :) 

wtorek, 5 czerwca 2018

Wasze historie, czyli wyniki rozdania urodzinowego

Wasze historie, czyli wyniki rozdania urodzinowego

Hej!


Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się zbudować moją małą bazę wiedzy o włosach, zwłaszcza o falach i współtworzyć tak cudowną społeczność na grupie Curly Girls Polska! Chciałabym też bardzo podziękować Wam za zgłoszenia do konkursu, dostałam ich aż 16! Wszystkie były jedyne w swoim rodzaju, kręcone, falowane, farbowane i naturalne, a nawet pojawił się rodzynek - Krzysiek, którego znajdziecie TUTAJ - też zasługuje na wspomnienie! Wiecie jakie ma teraz piękne fale?! Zobaczycie na końcu posta  :) Tymczasem ja i... WYNIKI!


Pewnie nie możecie się już doczekać wyników! To bardzo podobnie jak ja, bo też nie mogłam doczekać się konkursu i tego, jak będziecie się zgłaszać, ale teraz już wiem, że wybór nigdy nie będzie łatwy. Oczywiście wszyscy zawsze przy okazji rozstrzygnięć piszą, że było trudno itd., ale kurde! Naprawdę się nie spodziewałam aż tak ciężkiej roboty i dlatego oprócz zwycięskiej chciałabym Wam pokazać także trzy prace, które bardzo mnie urzekły, a w zasadzie opisać krócej historie Dziewczyn. Zwycięzca może być tylko jeden i wygrana praca w całości trafia na sam dół tego wpisu, podobnie jak Wam obiecałam :)

Wyróżnienia: 

Agnieszka


Ta historia włosowa zaczyna się od chęci szaleństwa, początkowo niewinnej zmiany naturalnego koloru mysi blond na burgund z szamponetki. Później szampon koloryzujący, farba, rozjaśniacz... Włosy Agnieszki przeszły sporo domowej koloryzacji, ale dzięki chęci posiadania pięknych włosów i pracy, którą włożyła w poszukiwanie idealnego środka na uzyskanie wymarzonego koloru, teraz ma naprawdę piękne, lśniące włosy, a do tego w rzadko spotykanym kolorze.
Gratuluję samozaparcia i pięknych efektów! Wyróżnienie Twojej historii to dla mnie cenna nauczka, że "chcieć to móc", a różne wymarzone kolory, nawet te rozjaśniane, to tylko kolejny sposób obok pielęgnacji do pełnego zadowolenia z własnej fryzury! Moja henna i te rudości, burgundy i czerwienie to moje kolory i zdecydowanie lepiej czuję się tak, niż w naturalnym kolorze, który uważam, że do mnie po prostu nie pasuje.


Klaudia


Swoją wypowiedź zaczęła od zdania: "Jak widzisz, mam prawdopodobnie statystycznie najbardziej niepopularne włosy na świecie :D suche, drutowate fale 2a w mysim kolorze." A  ja zupełnie nie mogę się z tym zgodzić, bo mysie fale 2a to zdecydowanie mój typ włosów! Może nie sztywne lub drutowate, ale jednak! Kolor i typ się zgadza!
Klaudia pokazując swoje zdjęcie stwierdziła, że to nie GHD i jest sporo rzeczy których można się przyczepić, ale dla mnie te fale to kwintesencja! Och jak ja Ci zazdroszczę takiej fryzury! Zdecydowane włosy, kręcące się od niemal samej góry! Po drodze do tego stanu oczywiście było trochę grzeszków - niezrozumienie PEH, koloryzacje i dekoloryzacje, a potem zapuszczenie swoich naturalnych włosów. Pierwszym przełomem u Klaudii okazał się plopping i glutek(!), a następnym wypracowane na własnych włosach i po wielu trudach poznanie PEH swoich włosów. To jest właśnie klucz - nikt za nas tego nie zrobi, a dobranie pielęgnacji robi zawsze największe efekty WOW :)
Klaudia - mam nadzieję że na trzecie urodziny bloga obie spełnimy już wszystkie swoje włosowe marzenia o długościach i falach, ale wiedz, że się z Tobą nie zgadzam! Twoje włosy już mają "to coś"! Naturalne wyglądają po prostu przepięknie i gdyby tylko moje takie chciały być... :D 
Wyróżnienie w pełni zasłużone i mam nadzieję, że stanie się dla Ciebie, ale i innych kolejną motywacją :)

Karolina

Zdecydowanie najdłuższa i najbardziej skomplikowana historia włosowa, jaka do mnie przyszła, należy do Karoliny. Najpierw walka z samą sobą, rodzicami i schematami, potem z chorobą i wypadaniem, a teraz nauka ujarzmiania chcących się falować włosów. 
Karolina jako nastolatka często miała włosy do pasa, zaintrygowała mnie też część o tym, że chcąc upiąć włosy na studniówkę musiała je obciąć o kilkanaście centymetrów, żeby sobie na nich nie siadać! Na studiach było gorzej, tu zaczęła się smutna część, której koniec na szczęście jest pomyślny! Gdy włosy odrastały po licznych kuracjach i przełomowej wcierce z kozieradki(!), okazało się, że odrastają kręcone, dokładnie takie, o jakich Karolina zawsze marzyła.
Potem blogosfera, jutub i przełom za przełomem - olejowanie, nawilżanie pod olej, a potem odkrycie własnych fal, które dotąd traktowane były jak puch. Potem CGP i kolejne triki - plopping, odżywka b/s i odgniatanie włosów odżywką (Ula, mowa o Twoim sposobie!).
Karolina, podobnie jak ja, nieraz nie zwraca uwagi na bałagan na głowie - "Nie daję się też zwariować. Dalej potrafię wyjść do ludzi z jednym wielkim chaosem na głowie. Nie panikuję kiedy moje włosy zmokną i nie lecę ich myć przy najbliższej okazji. Jeśli mycie wypada mi za 3 dni, to mi to nie przeszkadza. Chodzę z puchem. Czasem mam wrażenie, że w ten mój BHD mijają mnie kręconowłose z grupy, których nie znam i myślą sobie, że powinnam się zapisać na grupę CGP, a moje włosy stały by się ładniejsze :P" - tutaj pojawia się fragment, z którym się utożsamiam jako adminka. Ten mój ciągły lęk przed tym, że zostanę osądzona za moje słabe fale, a doradzam innym...
Karolina, dziękuję za tą historię! Fale to ciągła walka ze sobą i z włosami, życzę Ci samych GHD i zazdrosnych spojrzeń na włosy na ulicy!

A teraz pora na wygraną  - trafi ona do osoby, której przełomem było zaakceptowanie siebie, zrozumienie swoich włosów i ogólnych zasad ich pielęgnacji. 

Pierwsze i jednocześnie jedyne nagrodzone zestawem kosmetyków miejsce zajmuje...

...Patrycja!

Dziewczyna, która bała się, że jej włosowa historia "zaginie gdzieś pośród innych", ale jednak dostrzeżona przeze mnie.


"Pamiętam jak kilka lat temu moja kuzynka „wycieniowała” mi włosy. Kiedy spojrzałam w lustro, miałam ochotę płakać. Przez 2 lata chodziłam w związanych włosach, nie robiłam sobie zdjęć. Moje włosy były cięte warstwowo i wtedy po raz pierwszy zauważyłam, że lekko falują. I szczerze? Nienawidziłam tego! Nie dość, że wyglądałam jak paź, to dodatkowo włosy żyły swoim życiem.
I właśnie wtedy postanowiłam, że pora zacząć o nie dbać. 
Byłam w drugiej klasie gimnazjum, kiedy moje włosy zaczęły odrastać i nie wstydziłam się wyjścia w rozpuszczonych włosach, ale wciąż były krótkie, nijakie, końcówki się wywijały. I wtedy wpadłam na „genialny” pomysł. Kupiłam pierwszą w życiu prostownicę. Prostowałam włosy dzień w dzień. Bez środków termoochronnych, czasem wilgotne, nie używałam odżywek. Po 2 latach moje włosy były w opłakanym stanie. Suche, matowe, końce się łamały. 
Kiedy zaczęłam naukę w technikum postanowiłam, że odstawię prostownicę i zacznę dbać o włosy. Trafiłam na blog Anwen. Czytałam co niektóre artykuły, myślałam, że pielęgnacja włosów nie jest mi obca. Z perspektywy czasu wiem, że to co robiłam, nie można było nazwać „dbaniem” o włosy. Popełniałam wiele błędów. Stosowałam dzień w dzień szampony z SLSem, co każde mycie dawałam maskę proteinową, olejowałam suche włosy olejem kokosowym, silikonów używałam „litrami” byleby moje włosy zaczęły być proste, a tarłam je ręcznikiem. Niestety, kondycja włosów się nie poprawiła, więc ścięłam je na krótko i zaczęłam od nowa „pielęgnować”. 
Zaczęłam pić drożdże, pokrzywę, siemię lniane, olejować włosy czymś innym niż kokos oraz dodałam podkład pod olej, oczywiście szampon z mocnym detergentem dalej królował, a odżywki z silikonami to było coś…. :) 
2 lata temu zaszłam w ciążę i miałam czas na zgłębianie włosowej wiedzy. Tak też trafiłam na grupę o włosach. Zafascynowana Agnieszką i jej pięknymi, rudymi włosami zaczęłam walkę o moje włosy na poważnie. Zaczęłam od ułożenia planu pielęgnacyjnego, czytałam każdy post, który był na na tamtej grupie, przeczytałam pliki po kilka razy, aż w końcu kupiłam pierwsze kosmetyki PEHowe. Z grupy wyniosłam wiele, moje włosy zaczęły lepiej wyglądać.
Niestety, wciąż nie byłam z nich zadowolona. Puszyły się i to strasznie. Próbowałam dociążyć je na wszelkie możliwe sposoby. Czasem niestety wyglądały na tłuste, ponieważ zamarzyła mi się tafla, a żeby to osiągnąć używałam silikonów. 
Za wszelką cenę chciałam mieć gładkie, lejące się włosy jak Agnieszka. 
Jako zagorzała włosomaniaczka dołączyłam do grupy Curly Girls Polska, żeby chłonąć niczym gąbka więcej włosowej wiedzy. I to był strzał w dziesiątkę. Po postach dziewczyn zastanawiałam się, czy i ja nie jestem jedną z nich. I to chyba był przełom w mojej pielęgnacji. Zrobiłam zdjęcia jak włosy wyglądają przed, a jak po ploopingu i glutku. 
O jaka byłam szczęśliwa, kiedy na mojej głowie pojawiły się piękne fale. Przejrzałam wszystkie pliki i wtedy pojawiła się właśnie ona.. moje falowane guru. Shidless wyskoczyła mi niczym bogini i już nie chciałam mieć pięknej, gładkiej tafli na głowie, zamarzyły mi się fale jak u Ciebie. Moja pielęgnacja uległa zmianie. Odrzuciłam silikony, włączyłam glutka jako stylizator, podczas mycia towarzyszyła mi odżywka zamiast szamponu. I tak prezentowały się efekty na mojej głowie.
Moim hitem i przełomem okazał się syoss power men (chyba dobrze napisałam nazwę) i efekt był o wiele lepszy. Postanowiłam też spróbować metody fitagem (znowu nie pamiętam pisowni ☹), ale efekt mnie nie powalił. 
Jako, że moje włosy były zniszczone zdecydowałam się na skrócenie ich o ok. 10-15 cm i zauważyłam pogorszenie skrętu. Ale się nie poddaje! Każdego dnia walczę o piękne fale. 
Włosowe plany na przyszłość?: 
- chcę zacząć cassiować (póki co nieregularnie senesuje włosy), 
- chcę zapuścić włosy do jednej długości, aby potem ściąć je w litere U, 
- nauczyć się reanimacji włosów (z czym mam ogromny problem, bo każda taka próba kończy się mokrą włoszką), 
- zakupić dyfuzor i nauczyć się poprawnego korzystania z niego, 
- przejść całkowicie na cg (póki co zdarza mi się myć włosy szamponem), 
- zapuścić włosy do talii."

Historia Patrycji zaczyna się prawie jak moja - od znalezienia Agnieszki i mocnej inspiracji, tudzież motywacji do wzięcia się za własne włosy. Nie chodzi tutaj o zasłodzenie mnie "falowaną boginią", bo sama uważam ten tytuł za nadany na wyrost, ale o włosy. O pasję i samozaparcie. Glutek to też mój przełom, rok temu powstał TEN wpis - "Mocne włosy? Naturalnie!", gdzie zobaczycie moje pierwsze stylizacje fal właśnie glutkiem.

Patrycja, serdecznie Ci gratuluję - uzyskania wiedzy, zadowolenia z włosów, pięknych fal i wygrania zestawu kosmetyków! Napisz do mnie na adres shidless.home@gmail.com i podaj wszystkie dane do wysyłki (nr dla kuriera także), a będę mogła go do Ciebie wysłać :)
Mam nadzieję, że te kosmetyczne poprawki tekstu nie uraziły Cię :)

Na koniec bonus Rodzynek - Krzysiek! Jego fale zasługują na oglądanie :D



Teraz to już koniec wpisu. Podsumowanie zrobione, pora na świętowanie i obmyślanie kolejnych. Na razie szykujcie się na ględzenie o Stanach, bo już zaraz wyjeżdżam! :D

Polecany post

Szampon - jaki wybrać i jak go dobrać

Kompendium o skórze głowy Skoro wiele z Was nie stosuje metody CG (i ja w pełni rozumiem wskazania, które to wymuszają), a wszelkie pro...