piątek, 8 kwietnia 2022

Pielęgnacja cery bardzo suchej, zaczerwienionej, skłonnej do podrażnień i trądziku różowatego, czyli mojej

Pielęgnacja cery bardzo suchej, zaczerwienionej, skłonnej do podrażnień i trądziku różowatego, czyli mojej

W końcu aktualizacja tej mojej pielęgnacji, która ewoluowała od spirytusu salicylowego i peelingów z Avonu. Przeszła przez kremy dobrane przez kosmetologa, późniejsze desperackie i niewypalone Mary Kay (które były totalną stratą kasy i nerwów), aż do kolejnych dermatologicznych, które w końcu działają. Jeśli ciekawią Was te moje odkrycia, to poniżej to, co chcę Wam przekazać.

Moja cera jest taka, jak opisywałam ją we wpisie o kosmetolożce i tym o dermatologu. A kosmetyki z tego wpisu nadal polecam, ale już ich nie używam, bo się skończyły, a nie zamówiłam ponownie. Z dolegliwościami twarzy nie zmieniło się nic, a wręcz trochę zaogniło. Mam wrażenie, że też zawsze ma z tym coś wspólnego sezon grzewczy. Teraz dodatkowo jestem już matką, a jak to u matek bywa - to nie dośpię, to czasem nie dojem, a już przeważnie to się nie posmaruję. No i masz babo placek. Z takimi prawie czerwonymi porzeczkami, tylko że na twarzy.

Jak znalazłam nowych ulubieńców?

Nadal jestem skąpiradłem i nadal mam wysokie wymagania, bo nie lubię wydawać na coś, co nie daje efektów. Szukanie nowości też totalnie nie jest dla mnie. No to jak to się stało, że mam nowych ulubieńców? Śmiesznie wyszło! Pracowałam przy opisach produktów dla pewnego sklepu internetowego i musiałam opisać właśnie te. Jakie było moje zdziwienie, gdy opis w końcu szedł kropka w  kropkę w parze ze składem! Stąd „miłość od pierwszego spojrzenia na skład” do marki BasicLab.

Co zostało ze mną od tych najdawniejszych czasów? Zdecydowanie Facelle Aloe i łagodzący krem pod oczy z Sylveco. Co się zmieniło? Wymagania mojej cery co do intensywności pielęgnacji. Dlatego niezbędne okazały się nie tylko kremy okluzyjne, ale i składniki aktywne, bardzo aktywnie nawilżające i odbudowujące. Bo jak się nie dosmarowałam i nie napiłam wystarczającej ilości wody, to mi to od razu wyszło na skórze.

Kosmetyki BasicLab - hity i buble, czyli moja opinia

Moje pierwsze zamówienie z BasicLabu było w okolicy grudnia 2020 roku. Kupiłam zestaw sobie i przyjaciółce - trehaloza i turkusowa witamina C. 2 zestawy to i ze strony sklepu trafił się miły akcent, choć zastanawiałam się, czy się nie pomylili - wysłano mi większe stężenie trehalozy niż zamówione. To serum to było ugruntowanie mojej miłości od pierwszych składów do marki. Cudownie nawilżało, koiło i rozpieszczało skórę. Witamina C mi nie podeszła, jeszcze leży rozpoczęta w lodówce i nie będę ściemniać, że to strzał w 10, skoro nie. Ale miłość wszystko wybaczy, no i ta trehaloza…!

Z naszych niekochanych produktów BasicLab ma jeszcze żółtą witaminę C. Jest to serum olejowe i kupiłam 2 takie same mamom. Teściowa chyba zużyła do włosów, a w domu u rodziców dalej stoi w lodówce. No aż widać to pokrewieństwo. Więcej takich kosmetyków od nich nie miałam.

zużyte próbki

Z niepełnowymiarowych i typowo testowanych produktów, bo dostałam kilka próbek, sprawdziły się wszystkie, których używałam. Nawet ostatnio wrzucałam Wam na Instagramie w relacji o szamponie i odżywce z próbki. Był to właśnie szampon przeciw wypadaniu włosów i próbka wystarczyła mi na umycie tygodniowych włosów.

Moje pielęgnacyjne grzeszki i dodatkowe niedogodności

Kremy jak to kremy, niestety się kończą. Potem urodziła się dzidzia i chyba cały rok, odkąd tamto serum mi się skończyło, traktowałam swoją skórę po macoszemu. W okresie niemowlęctwa to już w ogóle opryszczka mnie nie opuszczała, a skóra coraz bardziej wysychała. Dopiero teraz znowu korzystam z dobrodziejstw trehalozy, choć już w niższym stężeniu. Po krótkim czasie regularnego stosowania kremu nawilżającego o bogatej konsystencji, który od 2 dni wzmacniam trehalozą, zaczęły się duże zmiany i już widoczna jest poprawa kondycji skóry.

Teraz wrzucę Wam moje policzki z 8 marca i 7 kwietnia. Śmiało możecie na własne oczy ocenić, czy coś się zmienia.

Więcej rozpisywać się nie będę, podrzucę Wam po prostu linka do nich, bo na stronie wszystko jest opisane. Komentarze i opinie mówią same za siebie. Te kosmetyki naprawdę działają. I nikt mi za reklamę nie płaci. Nawet w konkursie żadnym nie chcą mnie nagrodzić, cobym miała jakieś inne korzyści niż sama kondycja mojej skóry.

Natomiast bądźcie na bieżąco, bo szykuje się poważne testowanie asortymentu!

Idzie, a w zasadzie już jest, wiosna, za chwilę lato i postanowiłam trochę znowu rozpieścić siebie samą. Napisałam do BasicLab o poradę w sprawie doboru pielęgnacji. To nic, że z rekomendowanych dla mnie produktów wzięłam tylko żel do mycia. Po prostu zrobiłam duże zakupy na stronie sklepu, biorąc to, co wydało się mi najodpowiedniejsze.

Na listę zakupów wszedł:
nowy krem z ceramidami, oczywiście bogaty,
lekki krem z SPF 50, też w kontekście nadchodzącego wyjazdu i moich coraz częstszych spacerów z wózkiem, które odbywają się w różnych warunkach pogodowych,
nowe opakowanie kremu nawilżającego - tym razem lekkiego dla męża, żeby chciał się w ogóle smarować, bo jemu wszystko jest za tłuste,
emulsja myjąca do ultrawrażliwej cery
i szampon 500 ml stymulujący wzrost dla całej rodziny. Głównie z myślą o mamie, ale przyda się wszystkim. Mnie już się spodobał po 1 użyciu z próbki.

Będzie co testować! Stay tuned, bo moja paczka już w paczkomacie!

środa, 6 kwietnia 2022

Nasze karmienie piersią przez dłużej niż zakładany rok, kolejna ciąża i próby odstawiania

 Nasze karmienie piersią przez dłużej niż zakładany rok, kolejna ciąża i próby odstawiania

Początek karmienia piersią - kangurowanie i pierwsze ssanie

Moja przygoda z karmieniem piersią zaczęła się nie wcześniej i nie później niż w dniu porodu. Niektóre kobiety czują mleko już wcześniej, nawet mogą je „wycisnąć”, u mnie tak nie było.

Karmienie piersią w parku

Nasza córka urodziła się naturalnie w Oleśnicy w okresie przed aferą. (Brzmi to jak jakieś ery, ale chyba w kontekście tego szpitala to się sprawdza, teraz długo będą odbudowywać zaufanie i wizerunek pacjentek). Położna położyła maleństwo na mnie i przystawiła do jednej piersi, a mała od razu zaczęła ssać! Dlatego nasze początki były dość proste, właśnie ze względu na malucha. Od razu ssała, umiała złapać i zawalczyć o naszą wspólną laktację.

Pierwszy kryzys u mnie przyszedł jednak już w pierwszej dobie życia malucha. Zadawałam sobie pytanie, „czy ja aby na pewno mam pokarm?”. Mała ssała i budziła się dość często. Bez piersi obok płakała, chciała być tulona. Nie wszystkie dzieci były takie i nie wszystkie mamy na oddziale były takie jak ja. Akurat na mojej sali były 2 kobiety z problemem, gdzie wjeżdżał laktator, mleko modyfikowane, kombinacje i frustracje. Czułam się też trochę przez to osaczona. Ale miałam mocne postanowienie - nie daję mleka modyfikowanego. Najgorzej było wieczorami, kiedy zmęczona ledwo trzymałam się w miarę prosto, a dziecko znowu płakało. W normalnym szpitalu ciężko się wyspać i wypocząć, a to do laktacji jest bardzo potrzebne. Pamiętam też, że baaaaardzo chciało mi się pić.

Naszym szczęściem było to, że wyszłyśmy ze szpitala już drugiego dnia po porodzie. Czułam wtedy ogromną ulgę, bo sama z dzieckiem w wiecznie hałasującym szpitalu prawie oszalałam. Nie ma jak spać, nie ma jak odpocząć, znieczulenia schodzą i wszystko już boli, a tu od razu na głęboką wodę! Pilnuj dziecka, karm, przewijaj, tulaj. No i jeszcze ogarniaj siebie. To jest hardkor.

Drugiego dnia moje obawy co do mleka zostały rozwiane. Na oddziale była pani położna laktacyjna. Myślę, że miała certyfikat doradcy laktacyjnego. Naprawdę pomagała babeczkom. U nas sprawdzała wędzidełka i pokazała mi, że mam mleko. To była ulga! Pamiętajcie, że tej siary w pierwszych dobach potrzeba noworodkowi naprawdę tylko kilka mililitrów. Nie umiałam sobie tego początkowo wyobrazić, co byłoby uwalniające. Dodatkowo w żołądku często zalegają jeszcze płyny płodowe i dziecko jest dość odżywione, bo przecież dopiero co zostało odłączone od pępowiny. U mnie przerażenie powodowały wymioty małej właśnie tym śluzem, a było tak dwa razy na samym początku. Maleństwo, którego naprawdę bałam się brać na ręce, zaczynało się krztusić! A trzeba mu pomóc. Dobrze że byłam w szpitalu i panie z neonatologii pomagały ogarniać. Jak trzeba to przebieranie, przewijanie i te zakrztuszenia. Nawet ze dwa razy zawiozłam do nich malucha, jak chciałam iść pod prysznic. Oj nie byłam w pełni supermatką od pierwszych chwil. Przerażały mnie te małe rączki i nóżki. Waga urodzeniowa kruszynki, bo tak mówili na nią nawet w szpitalu, to 2900, a spadła jeszcze do 2720. Na szczęście żółtaczka była niska i inne czynniki nie zaważyły na dłuższym pobycie.

Ból, dyskomfort i masakra bieliźniana

W domu z każdym dniem mleka było więcej. Brodawki i sutki bolały mnie okropnie. Przesilenie było po powrocie do domu, ale ból i dyskomfort trwał na pewno 2 tygodnie, a może nawet 3. Miałam strupki i ranki od pierwszych wysiłkowych prób pozyskania mleka przez malucha, na szczęście niezbyt wielkie. A mała musiała ssać dalej. Pomagały mi muszle laktacyjne z Medeli, wietrzenie i odrobinę maść lanolinowa (ale nie zużyłam nawet całej próbki z Lansinocha w całym okresie laktacyjnym). Po prostu wzięłam to na przeczekanie.

Biustonosz do karmienia - musisz go mieć

Bardzo ważna kwestia - biustonosz do karmienia. Pomaga piersiom zachowywać kształt, a dzięki temu udrażniać kanaliki mleczne i zapobiegać zastojom czy w skrajnych przypadkach zapaleniu piersi (na co wpływa zdecydowanie więcej czynników).

Jeszcze w ciąży kupiłam sobie miękkie biustonosze z H&M, chyba najłatwiej dostępne, 100 zł za 2 sztuki. O matko, jak się w nich męczyłam. Co to jest za kara używać takich staników w okresie karmienia. Nie pomagały i nie przynosiły uczucia ulgi, a wręcz więcej bólu i dyskomfortu. Piersi wypadały mi z tych staników na wszystkie możliwe strony. Nie trzymały kształtu i utrudniały życie. Działały tylko wtedy, gdy ja utrzymywałam pozycję pionową. Tragedia! Nie polecam. Jak tylko ustabilizowała mi się laktacja, a nawet wcześniej, wróciłam do mojego zwykłego biustonosza, a później przerzuciłam się na miękkie topy biustonoszowe, które działały lepiej…

Teraz, w drugiej ciąży, kupiłam sobie nowe staniki. Też miękkie, też dwupak i też w okolicy 100 zł w bonprix. Jak się sprawdzą, to na pewno dam znać. Na razie bez karmienia podczas przymiarki bardzo pozytywnie, choć trzeba uważać na rozmiary, bo na pewno mają zaniżony obwód. Tutaj podaję link do biustonoszów, bo już wydają się o niebo lepsze.

 Mleko wszędzie, czyli co z tym nawałem

Nawał przyszedł nawet szybciej, niż myślałam, bo już w 5. czy 6. dobie po porodzie. Piersi były wypchane jak napompowane balony, ale twarde jak gniotki z mąki ziemniaczanej. Mleko lało się samo — podczas prysznica, przy wycieraniu, schylaniu, leżeniu i staniu. Niezbędne były wkładki i regularne jedzenie malucha. U nas mała przez długi okres jadła 10-15 minut z zegarkiem w ręku z jednej piersi i miała przerwę, nawet 2 i 3 godziny. Ważne było wtedy, żeby pilnować tej drugiej piersi. Na ratunek przyszła nam magiczna butelka, w którą zaopatrzyłam się już wcześniej i naprawdę sprawdzała się rewelacyjnie. Podaję Wam link do mojej konkretnej z Mami, bo to serio zbawienie. Odciągała tylko niezbędne minimum, nie napędzając dodatkowo laktacji, a zmniejszając uczucie bólu i twardości. Przez cały okres karmienia piersią ani razu nie użyłam laktatora - butelka w nawale wystarczyła. Cały czas używałam też muszli ze względu na brodawki. Kilka razy budziłam się po drzemce z mlekiem nawet w nich. Dziwne sytuacje, ale takie życie. U mnie obyło się bez zapalenia, guzów czy innych przykrych sytuacji. Laktacja unormowała się nam dość szybko, ale teraz nie pamiętam, kiedy dokładnie całkowicie zrezygnowałam z wkładek. Pewnie w okolicy 2 miesięcy.

Smoczki, butelki i inne wspomagacze

Jak już napisałam wyżej - laktatora nie użyłam ani razu. Ręcznie też nie umiem do tej pory odciągać sobie mleka. Jedyny sposób, w jaki mleko wydostawało się z moich piersi oprócz karmienia, to magiczna butelka. Reszta w nawale działa się sama, bezwiednie lub pod wpływem grawitacji. Mała na początku dostawała smoka. Przypasował jej smoczek Lovi (działał u nas do około 4 miesiąca). Butelki nie dostała ani razu, bo nie korzystaliśmy z mleka modyfikowanego, a jak chcieliśmy podawać wodę, to już byliśmy w erze bezsmoczkowej i nie za bardzo to szło. Dopiero później wszedł bidonik Twistshake, fajnie działał, ale już więcej nie będę ich kupować, bo niestety nie są niekapkami... Wszystkie akcesoria typu woreczki, pojemniczki, butelki, smoczki do butelek i inne takie leżą i czekają. Na razie nie jest mi dane ich ocenić. Dostałam też ręczny laktator Avent, ale jeszcze nie wiem, jak się go używa.

Nasze pozycje do karmienia i niewygody, a w końcu ratunek!

Karmienie po 10 minut z jednej piersi było naprawdę nieobciążające. Gdybym tylko ogarniała sama te wszystkie pozycje do karmienia piersią! Samo karmienie na początku było jeszcze do przeżycia (ból, gojenie ran i mleko), to pozycje były dla mnie najgorsze. Przez to że na początku bałam się tego maleństwa, a mąż przejmował pieluchy i układanie nas do karmienia, nie mogłam znaleźć swojej pozycji. Próbowaliśmy różnych. Plecy bolały, ręce bolały, mała jako tako leżała wygodnie, ale bez męża nie dawałam rady się ustawiać. I z poduszką, i bez, mała na rękach, na kolanach, na mnie… Teściowa poradziła mi, żeby próbować na leżąco. Ale jak to?! Z takim maleństwem?! Odważyłam się spróbować dopiero około 2. czy 3. miesiąca, och jak żałuję, że nie wcześniej! Wszystkie moje problemy z bólem pleców i niewygodami się rozwiązały. Raz karmiłam na prawym, raz na lewym boku. W nocy zmieniałam tylko pierś. Swoją drogą to było ciekawe, zwłaszcza na początku, że zmęczonemu umysłowi tak trudno zapamiętać, z której strony było ostatnie karmienie. Wręcz musiałam to zapisywać...

Poduszki do karmienia nam się nie sprawdziły, były niezastąpione w ciązy, ale karmienia jakoś spektakularnie nie ulepszały. Używaliśmy trochę w okresie noworodkowym, jak mój mąż nas układał.

Hormony - karmię regularnie i mam okres

Miesiączka podczas karmienia piersią albo występuje, albo nie występuje. U mnie pojawiła się już w maju. Przechodzimy więc dalej w laktacyjną drogę. Mała miała prawie 4 miesiące. Karmienie było już rutyną, mleko samo nie płynęło, nic nie bolało... Początkowo dziwnie się czułam, bo znowu pojawił się dyskomfort, sutki bolały. A już było tak super. Chciałam karmić i nie widziałam innej możliwości, dlatego to po prostu przetrzymałam, a wszelkie obawy rozwiązały się wraz z nadejściem okresu. Ależ mnie to wkurzyło - karmię regularnie, jeszcze nie rozszerzaliśmy diety, a ja już mam okres… Nic nie można było zrobić, ale chociaż cykle mam przeraźliwie długie, to było to rzadko. Jedyne pocieszenie.

Karmię piersią i jestem w ciąży

Już od razu założyłam sobie, że chcę więcej niż jedno dziecko i to z małą różnicą wieku. Jak tylko dostałam pierwszy okres zaczęły się kalkulacje. Nie chcieliśmy ryzykować tak od razu, idealna wydawała się różnica półtora roku. Zwłaszcza, że pierwsza córka jest ze stycznia, to sytuacja ułatwiona. Dzieci rok po roku, a jednak półtora. Martwiłam się o owulację, bo już wcześniej miałam z tym problemy. Moja ginekolog kazała mi dać sobie czas na naturalne starania do końca roku. Z kolei Mamaginekokog mądrze napisała o zależnościach między karmieniem a płodnością w tym artykule. Bardzo mi pomógł i tak po ludzku wytłumaczył zależności. Zaczęłam śledzić owulacje i… udało się! W połowie października zrobiłam test, poleciałam na betę i… ciąża! Niestety tylko do 6. tygodnia. Na początku listopada wystąpiło u mnie krwawienie, które się nasilało. Nie miałam jakichś wybitnych objawów bólowych, tylko ciągle ta krew… Dużo obfitsza ilość niż przy zwykłym okresie. I już wiedziałam, że nic dobrego z tego nie będzie. Pani doktor potwierdziła moje obawy - brak obrazu ciąży w USG. Straciłam tego maluszka, który był jeszcze mniejszy od okruszka. Statystyki są okrutne - 1 na 10 kobiet na świecie doświadczy straty, a jeszcze więcej nie będzie nawet o niej wiedzieć. Jak już odetchnęliśmy z mężem po tych wieściach i w końcu pod koniec grudnia poszłam na kontrolną betę… Byłam w 6. tygodniu kolejnej ciąży! Zarodek zagnieżdżony, wszystko w porządku! Idealnie wg przypuszczeń pani doktor - do końca roku się udało.

Początkowo karmienie dawało dyskomfort jak przy okresie, sutki były twarde i obolałe. Sytuacja po jakichś 2 miesiącach się unormowała, ale przyszła ta ostetczna myśl o odstawieniu. W końcu mała ma już 14 miesięcy, a karmienie komplikuje nam życie. Żebyście nie myśleli, że to tak kolorowo, skoro samo karmienie jest łatwe. Podam Wam jeszcze szerszy kontekst.

Nasze karmienia to częste pobudki i awantury przy zasypianiu

Moja mała jest niezbyt odkładalna, zwłaszcza w nocyNa palcach obu rąk zmieszczę przypadki, kiedy spędziła w swoim łóżeczku choć kilka godzin. Musi czuć mamę, mój oddech, zapach i wyraźnie słyszeć oddech. No taki typ. Od najmniejszego nie ma mocnego snu, no chyba że akurat zaśnie przy mikserze. W wózku śpi dopiero teraz bez problemu, wcześniej tylko mojej mamie udawało się to ogarniać. Mieliśmy czas 3 i 4 drzemek w ciągu dnia. Taki schemat - mała je, marudzi, bo jest zmęczona, usypiam ją 30 minut, zasypia na 20 i ma chwilę aktywności. I tak w kółko. To był chyba nasz najgorszy czas, bo totalnie nic nie można było z nią zrobić. Tzn. w domu, gdy ona była pod moją opieką. A gdy już spała, a ja jakimś cudem wstałam z łóżka, to z toalety wybiegałam na jej krzyk. W nocy nie lepiej. Ratowało nas właśnie wspólne spanie i tylko podawanie piersi bez wstawania i kombinowania. Ale dopiero po 2. miesiącu, jak już nauczyłam się karmienia na leżąco. W czasie noworodkowania mąż mi ją podawał co karmienie i odkładał. No wtedy ciut więcej w tym łóżeczku spędziła.

Odstawienie od piersi w nocy

Próbowaliśmy 2 razy na sztywno - mąż przejmuje dziecko, ja się nie wtrącam. Za każdym razem spotkała nas taka histeria, że niestety się nie udało. Teraz już jest zawodzenie i wołanie cycy. Tragedia dzieje się też, gdy mówimy, że cycy już śpi. Muszę ignorować wołanie i usypiać. Czasem na rękach, czasem na leżąco. Maluch w międzyczasie kotłuje się, wstaje, przewraca i nabija nam wspólne siniaki. Zaczęłam stosować metodę liczenia. Na głos po prostu liczę, aż zaczyna ziewać i w końcu zasypia. Tak około 300 czy 400. Układam ją za każdym razem na płasko, czasem noszę, jeśli mocno płacze. A do tego idą jej teraz czwórki. 1-2 karmienia na śpiocha to nasz szczyt osiągnięć, ale już widzimy postępy w spaniu i liczbie pobudek. A pozwalam sobie na to, żeby się wyspać, po prostu, z lenistwa. Jak brzuch będzie większy, to spróbujemy ze spaniem osobno, znowu zaangażuję bardziej męża i do tego półtora roku życia powinno się jakoś udać. Naprawdę nie wyobrażam sobie karmienia w tandemie.

Kryzys, wielki kryzys

Laktacyjna i matczyna droga każdej kobiety jest inna, ale mam wrażenie, że w końcu każdą dopadnie coś tak beznadziejnie bolesnego... Nie będę pisać tego na nowo, wrzucę Wam tu w cytacie, co wtedy czułam. Nikt nie brał mnie na poważnie, ale gdyby coś mi nie kliknęło, to pewnie wsiadłabym do pociągu i wyjechała na 2-3 dni z domu, żeby tylko uniknąć karmienia. Przeczytacie, że byłam w bardzo ciemnym i gorzkim miejscu. Teraz chyba zrzuciłabym to na hormony, ból piersi karmiących w ciąży i brak pomocy. Zrozumienia, odciążenia i na to wszystko, co jest dookoła. Dlatego to odstawianie nie wyszło, teraz tak myślę. Bo taki kryzys i czarna dupa nie sprzyja nikomu. Odbija się na wszystkich i niczego nie buduje.

Byłam w tak gorzkim miejscu, że myślałam, że z niego nie wyjdę.

„O tak, cały czas myślałam że to nie o mnie. Że baby sobie wymyślają i że przecież jakoś do przodu, minie i przejdzie. Moja córka skończyła właśnie 14 miesięcy, a ja dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że mam ochotę wyć do księżyca, tylko najlepiej tak, żeby nikt nie widział. Na razie raz nie wytrzymałam, krzyczałam, w sumie to darłam się jak pojebana obok płaczącego dziecka. A za chwilę pomyślałam, że tylko mogę jej zaszkodzić. 

Dzisiaj czarę goryczy przelała skwaśniała zupa. Poświęciłam półtora godziny na stanie przy garach, najpierw przez półtora pchałam wózek, później kołysałam i śpiewałam. Jak w końcu zasnęła, wzięłam się za obieranie, ścieranie, smażenie i gotowanie. Zjedliśmy pół garnka, przez dobę stała na kuchence, a teraz już nikt jej nie zje. I znowu będzie się trzeba babrać z następną.

Nie mogę żyć normalnie, cieszyć się z kolejnej ciąży. Z wiosny, czasu wolnego na świeżym powietrzu. Każdy nowy krok tego dziecka przyćmiewają te gorsze chwile. Marudzi i rozwala przy jedzeniu, wieczorem ciągle nie zaśnie bez cycka, w nocy nadal budzi się co najmniej 3 razy. Nieraz o 4 czy 5 wstaje na jedzenie. Ciągle chce robić to, na co ja nie mam ochoty. Rozwala, brudzi, a do tego o byle co płacze i się złości.

Karmienie piersią to już męka. Nawet przemogłam się w wychodzeniu z domu, żeby tylko karmić jak najmniej. Teraz każde karmienie to jak wypruwanie flaków. Po prostu chce mi się rzygać i wyć. Zaciskam zęby tak mocno, że już bardziej nie potrafię, aż tracę czucie. Łzy ciekną same, a wielkie małe oczy patrzą na mnie z niepokojem…”


Wkurzało mnie wszystko w dziecku, mężu, rodzicach i świecie. Hormony? Zbieżność gorszego okresu u mnie i u niej? Nie wiem. Minęło.


Tyko spokój nas (i odstawianie) uratuje

Teraz jestem już spokojna. Karmienie znowu nie boli, mam naprawdę sporo cierpliwości do tego usypiania liczącego, bo wiem, że z każdym kolejnym jesteśmy bliżej celu. Mała zasypia ze mną, ale bez piersi. Dostaje w nocy, 1 lub 2 razy. A my nawet kupiliśmy wakacje.


Zdrowa i spokojna głowa przy dziecku to podstawa, karmienie to tylko jedno z wyzwań. Emocje maluszka i jego potrzeby są ważne. Ale tuleniem czy kangurowaniem też można próbować je zaspokajać.

Czy jeszcze czegoś Wam nie napisałam, a coś Was ciekawi? Jeśli jesteście tam, gdzie ja powyżej, to poszukajcie pomocy, bo samo się nie robi. A jeśli taki stan trwa dłużej, to tym trudniej, żeby kliknęło. Trzymam za Was wszystkie kciuki - za karmienie, za Wasze maluchy i za Wasze wybory. Bo jeśli się nie uda lub jeśli nie chcecie, to zawsze możecie sięgnąć po mm. 

Najważniejsze jesteście Wy, bo spokojna mama to o wiele spokojniejsze dziecko. Choć wyjściowy temperament może być różny.


We wpisie znajdują się linki afiliacyjne do Allegro w ramach programu Allegro Polecam.

niedziela, 12 kwietnia 2020

Makijaż ślubny i czy na pewno potrzebujemy próbnego

Makijaż ślubny i czy na pewno potrzebujemy próbnego
Makijaż próbny to taki zabieg, który pozwala odetchnąć psychicznie, że chociaż nad jedną kwestią w dniu ślubu na pewno będziemy mieć kontrolę. Z reguły to sama przyjemność, relaks i kreatywne kombinowanie. Czy na pewno? U mnie było troszkę inaczej.

Moja historia z kosmetykami katalogowymi Mary Kay - uzupełnienie


Po opublikowaniu opinii o linii Time Wise z Mary Kay, czyli Cudownym Zestawie i Płynie Nawilżającym, doszłam do wniosku, że chyba nie dałam rady przedstawić Wam wszystkiego. Ta historia wręcz domaga się ode mnie szerszego kontekstu. W tym wpisie uzupełnię przygodę ze wspominaną makijażystką i dopowiem kilka kwestii co do samych kosmetyków.

uśmiechnięta twarz kobiety z zamkniętymi oczami, dwie dłonie z pędzlem, wykonywanie makijażu

Po co mi była makijażystka?


We wrześniu postanowiłam, że w lutym wezmę ślub. Nie będę przedłużać tej kwestii, ale wiecie, standardowo - były zaręczyny, to trzeba wziąć ślub. Ja czekałam na pierścionek dość długo, dlatego uznałam, że pół roku do ślubu będzie wystarczającym okresem.

W toku wszystkich przygotowań musiałam wybrać podwykonawców, którzy są sprawdzeni i usługi których mnie usatysfakcjonują. Wiecie, że ja z fryzjerem nie mam problemu, bo każde moje cięcie od pewnego czasu wykonuje jedna osoba. O jej sposobie pracy i moich wrażeniach możecie poczytać choćby tu. Makijaż mogłabym kombinować sama, ale byłoby to zdecydowanie zbyt dużo czasu i nerwów, więc zawierzyłam się specjalistce.

Makijażystka wybrana przeze mnie jest osobą z polecenia, z której usług ja wcześniej nie korzystałam, ale widziałam jej pracę i uznałam, że mogę jej zaufać. Co do makijażu i jego wyglądu nie pomyliłam się, w dniu ślubu wyszło pięknie, a moja świadkowa to już w ogóle zrobiła największą furorę! Ale ja nie o tym.

Jak to było z tymi makijażami próbnymi 


Umówiłam się na makijaż próbny dość wcześnie - prawie na miesiąc przed weselem. Wcześniej poszłam na kwas i oczyszczanie do Sylwii, żeby dobrze się przygotować i byłam spokojna o cerę.

Pojechaliśmy do studia razem z narzeczonym. Nie wierzę w zabobony, a cenię jego rady, bo w końcu to jemu (zaraz po sobie samej) miałam się najbardziej podobać. Pani kosmetyczka powitała nas dość chłodno, nie oferując nawet wody do picia, co wydało mi się dziwne. No ale do konkretów - zaprosiła mnie na fotel i się zaczęło.

Po pierwsze wywiad - moja pielęgnacja, jak zwykle się maluję, co robię z twarzą, jakie mam problemy, co mi się podoba. Standardowo, ale pierwsza lampka zaświeciła się, gdy zostałam zrugana za niemalowanie się na co dzień. Zostało to zaargumentowane tym, że makijaż jest naszą warstwą ochronną. No nie wiem, dla mnie nie jest konieczny, ale pewnie tak mówią na szkoleniach.

Później zostało mi zlecone wykonanie peelingu twarzy zestawem do „mikrodermabrazji” Mary Kay. Pomyślałam - no dobra, lekki peeling przed makijażem spoko, ale przecież byłam na kwasach... pani kosmetyczka stwierdziła, że to nic, po czym zleciła mocniejsze złuszczenie okolic nosa - moich najwrażliwszych. O zmaganiach z nimi u kosmetologa i wcześniejszej kondycji skóry twarzy już pisałam.

Po wykonaniu peelingu usiadłam znowu na fotel. Teraz już nie wiem, kiedy dokładnie moja cera została oceniona jako przesuszona, odwodniona i POROWATA (a tego o niej nie słyszałam nigdy), ale nałożona została mi baza nawilżająca i przeszłyśmy do makijażu oczu.

Zaczęłyśmy od zamalowania moich permanentnych kresek, cieniowania, odklejenia rzęs. Pani makijażystka przez cały czas nie była zbyt rozmowna, mimo mojego zagadywania i prób żartów. Było jakoś tak sztywno i wręcz niemiło. Robiła swoją robotę i zastanawiała się, jak zrobić najlepiej, tak pomyślałam.

Makijaż oka wyszedł bardzo ładnie, leciutka modyfikacja co do linii wodnej i dolnego wewnętrznego kącika i lekko dłuższe rzęsy w zewnętrznym i byłoby ideolo. No ale potem był makijaż twarzy...

Jak na suchej cerze wygląda wodoodporny podkład?


Myślę, że większość z Was się domyśla. Zmarszczki uwydatniły się prawie od razu, na czole zaczęły wychodzić niewidzialne dotąd suche skórki. Istny koszmar. Nastąpiło kilka prób „poprawek”, ale nie było jak... Zostałam skierowana ponownie do łazienki z ogromną prośbą o szczególną uwagę na oczy, coby się nic nie rozmazało i zmyłam czoło i policzki z podkładu emulsją myjącą.

Zaczęłyśmy od nowa. Baza - podobno mocniej nawilżająca, trochę kremu, podkłady nawilżające, lekki korektor. Wyszło lepiej, choć było widać, że to nie jest satysfakcjonujący efekt.

Chyba wtedy emocje zaczęły puszczać nam obu. Ja się nasłuchałam, jaka to moja skóra nie jest najgorsza, przesuszona, odwodniona, ponownie POROWATA i że nie da się uzyskać lepszego efektu, jeśli nic z tym nie zrobię. Już tu zaczęła się mowa o „cudownym zestawie”.

Biorąc pod uwagę to, ile już poświęciłam czasu, energii i pieniędzy na wyprowadzenie mojej skóry z okropnego stanu, naprawdę byłam na skraju załamania. Nie mogłam się po prostu powstrzymać po tych słowach, które usłyszałam i jak zostałam zmieszana z błotem. Chyba muszę dodać, że niedawno wcześniej straciłam pracę i ledwo od miesiąca zarabiałam niecałe tysiąc złotych stażowego.

Jakimś cudem skończyłyśmy twarz - z mottem, że jeszcze mamy dużo czasu i można dużo naprawić. Wtedy zostały równo 4 tygodnie do dnia zero.

Wykończenie makijażu czy wykańczanie siebie...


Przeszłyśmy do pomadki i obie zderzyłyśmy się z murem! Moje wyobrażenie borda nijak się nie miało do wyobrażenia drugiej strony o tym kolorze. Wypróbowałyśmy z 5 rożnych pomadek - od ciemnego, przez różowy (którego nie znoszę) do prawie beżu. Ni w ząb. Muszę dodać, że oczy były mocne według mojej woli i prośby, zostały zaakceptowane i... już teraz nie wiem, dlaczego je ruszyłyśmy.

Przez poprawki obie stałyśmy się sfrustrowane i znowu puściły nerwy. A początkowe założenie było takie, że chodzę w zaproponowanym makijażu i potem zdaję relację z tego, co i jak chcę zmienić. Założenie super, ale wykonanie nie do końca. Z perspektywy czasu, ale też już wtedy to zauważyłam, ten makijaż był spoko - lekko zciastkowany na czole i nosie i ze złym kolorem pomadki, ale generalnie wszystko zostało niemal tak samo.

Wtedy do akcji wkracza mój pan młody. Jemu się wszystko podoba, tak jest super, ale jakby było inaczej, to też by było. Wiecie, typowy facet akurat wtedy, kiedy nie trzeba. No i jeszcze jego dobroć i chęć niesienia pomocy... I już wiecie, dlaczego wzięłam te kosmetyki, mimo że nie miałam ochoty wydawać na nie tyle kasy. To nie ja ją wydałam...

Makijaż nam się rozjechał, ja spłakałam go jeszcze na dokładkę i serio był komplet. Razem z panią makijażystką byłyśmy w podłych nastrojach, spędziłam jej na fotelu chyba z 3 godziny, w dodatkowo byłam podobno pierwszą panną młodą, która płakała już na próbnym - powód był zgoła inny.

Pod koniec wizyty jednak po moich uzewnętrznieniach, opowieściach o walce z twarzą, mój M. też trochę się włączył w tę rozmowę, atmosfera była naprawdę serdeczna. Pełna nadziei, obietnic poprawy, pięknego makijażu ślubnego i w ogóle, że cud miód.

Promocja na dodatkowy makijaż próbny?


Gdy już wzięliśmy kosmetyki, perswadując niechęć do zestawu peelingującego, został mi zaproponowany drugi próbny makijaż - za darmo. Co prawda zapłaciłam już za ten 200 zł (nie biorąc reszty) i kolejne 511 za kosmetyki (za które płaciłam z domu przelewem w drodze wyjątku z powodu braku gotówki. I tak, pisałam, że były prezentem, ale to był taki prezent z prawie już wspólnej kasy i to w formie przelewu). Jeśli weźmiemy pod uwagę info z poprzedniego posta o ofertach na OLX, można by sądzić, że za ten drugi makijaż też zapłaciłam. Ogólnie miałam się popielęgnować Cudownym Zestawem i wrócić, żeby zobaczyć, jak reaguję i czy coś z tego będzie.

3 razy pokazana połowa twarzy z trzema wersjami makijażu
Od lewej: pierwszy makijaż próbny i plama pod okiem, drugi próbny, właściwy
Z salonu wyszłam mega roztrzęsiona, jednocześnie pozytywnie i negatywnie. Dodatkowo pojawiły mi się dwie plamki na policzkach od serum z witaminą C nałożonym trochę za szybko po kwasach. Moja twarz to był obraz nędzy i rozpaczy - całkowicie dosłownie. Na zdjęciu wyżej skrajnie po lewej stronie pierwszy makijaż próbny po moich poprawkach w domu i z moją szminką. Właściwy makijaż skrajnie po prawej.

Nie wiem, co się na to złożyło, ale dosięgnął mnie wtedy totalny kryzys weselny. Płakałam z pół godziny w samochodzie w drodze do fryzjera na próbną fryzurę xD. Organizacja wesela w pół roku i to praktycznie samodzielnie (niby faceci pomagają, ale wszystkie wiemy, jak to naprawdę wygląda) zszargała mi nerwy bardziej, niż byłam gotowa się przyznać.

Pielęgnacja Mary Kay w domu i dalsze propozycje


Podczas mojej pielęgnacji w domu byłyśmy cały czas w kontakcie. Moje obawy cały czas rosły, skóra się zcieńczała, ale wg pani makijażystki wszystko było OK. Do pielęgnacji dorzuciłam swoje serum z Ecolabu, bo wiem, że zawsze mi dobrze służyło i chciałam dać chociaż trochę nawilżenia tej biednej skórze. Taka pielęgnacja trwała z tydzień, po czym, gdy ciągle twierdziłam, że mi sucho, pani makijażystka bardzo się przejęła.

Zaproponowano mi krem mocno nawilżający (tak, to ten z gliceryną i parafiną) za 120 zł. Ale po tym, jak byłam sceptyczna, moja pani zaoferowała mi układ. Samodzielnie do domu rodziców przywiozła mi swój krem! Kurczę, to był bardzo wzruszający gest. Później rodzice przywieźli to do mnie i używałam go z tydzień.

Oczywiście, że po nałożeniu tego na twarz skóra była wniebowzięta. Przecież została tak okryta, że aż chyba byłoby mi za nią wstyd, jakbym nie poczuła różnicy. Potem pojechałam na drugi próbny makijaż i z kremu zrezygnowałam, bo kolejne 120 zł do tego, to już byłoby za wiele.

Jak już jestem przy pielęgnacji w domu, to muszę też wytłumaczyć się z używania mleczka z tak silnym detergentem. Otóż wiecie, ciężkie silikony nie zmywają się wodą, potrzebują detergentu, a krem na noc silikon zawiera. O ile zostawienie oleju, a potem przetarcie go hydrolatem czy innym lekkim środkiem uważam za normalne, o tyle silikony nie specjalnie mi służą. W taki oto sposób wpadłam w to błędne koło „cudownego zestawu”.

Jak wygląda właściwy makijaż próbny?


Drugi makijaż próbny odbył się w walentynki. Wzięliśmy wolne i pojechaliśmy załatwiać sprawy weselne, od makijażu począwszy (tak Wam tu spoileruję, że pewnie i napiszę o organizacji wesela). Wszystko odbyło się sprawnie, z małymi modyfikacjami, jak sobie życzyłam. Użyte kosmetyki były zapisywane na facecharcie, a ja dla pewności wzięłam swoją ulubioną pomadkę w odpowiednim kolorze. Wtedy już wszystko zagrało.

Nie płaciłam według ustaleń i dodatkowo dostałam próbkę kremiku do ust, bo z suchością wszędzie mam problem, a moja pomadka jest dość wymagająca - nie dość że ciemna, to jeszcze matowa zastygająca.

Twarz oczywiście została pochwalona, że już o wiele lepiej podkład w nią wsiąka i lepiej wygląda, a był nakładany pędzlem. No ale został nałożony tylko ten nawilżający. Wyszłam naprawdę zadowolona - makijaż był zrobiony tak, jak chciałam. Oprócz koloru brwi, ale to też moje dziwactwo. Mama wyłapała lekką niesymetrię - dla mnie wszystko super.

Podsumowanie zmagań i makijaż ślubny 

Po tygodniu odstępu od próby generalnej nadszedł TEN dzień. Chętnych na makijaż znalazło się pięć osób oprócz mnie (a z Młodym nawet sześć!), więc udało nam się dogadać z panią makijażystką na dojazd do nas. Mamy zaprzyjaźniony zakład fryzjerski, więc miejsce było odpowiednie.

Mój makijaż został wykonany techniką odwrotną, czyli najpierw oczy, potem reszta. Nałożona została nawilżająca baza i krem. Myślę też, że podkład jednak był z takich średnich, wcale nie ten wodoodporny, bo na pewno by tak nie wyglądał. Wszystko według ścisłych zaleceń - ograniczyłyśmy róż na policzkach, bo moje i tak same się różowią i brwi pomalowałyśmy cieniem. Ku mojemu zaskoczeniu wszystkie makijaże skończyły się wcześniej (nawet od optymistycznego harmonogramu).

W podzięce za dobre podejście i otwarte serce zdecydowałam się wręczyć bukiety obu stylistkom. Wyszło na to, że niewiele panien młodych to robi, bo obie były zaskoczone. Za makijaż zapłaciłam chyba 220 zł (z dojazdem i Młodym). Rzęsy były super doklejone, podkład wytrzymał dość długo, choć na nosie wymagał poprawki. Martwiłabym się, gdyby nie wymagał!

uśmiechnięta twarz kobiety ze zbliżeniem na makijaż, pocałunek w czoło

Pielęgnacja jednak zostawiła u mnie więcej szkód, niż zastała. Nie wrócę do kosmetyków Mary Kay i ich ponownie nie kupię. Chociaż makijaż też był z tej firmy i podkład, korektor, cienie  dobrze się trzymały, to wiem jednak, że inne kosmetyki byłyby w stanie zapewnić mi podobny efekt. Nie jestem z tych, którzy chcą mieć drogie kosmetyki, nawet jeśli tylko dobrze wyglądają na półce.

Podsumowując, makijaż był wykonany według mojego życzenia, dokładnie i starannie. Wyszedł lżejszy niż chciałam, ale bardzo mi się podobał i spełnił 100% oczekiwań. Pani makijażystka dobrze to robi. Mama i babcia też dobrze wyglądały. Niesmak pozostał jedynie po kosmetykach do pielęgnacji i ocenie mojego stanu skóry, która pozostaje pod opieką kosmetologa - tutaj wpis o mojej skórze spod ręki kosmetologa.

Mieliście styczność z kosmetykami MK? Polubiliście pielęgnację bardziej dzięki tej firmie, a może macie takie doświadczenia z nimi jak ja? Kolorówka dla mnie była spoko, ale mogę tak powiedzieć o wielu firmach w tej kwestii, jak jest u Was?

Zazmaczam, że moje opinie są moim subiektywnym osądem danych produktów po stosowaniu ich na mojej własnej twarzy przez ponad 2 miesiące. Nie wykluczam i nie neguję faktu, że możecie się lubić z tymi kosmetykami.
Dla mnie są one po prostu za słabe, choć muszę przyznać, że są też wydajne, bo nie mogę się ich pozbyć...

środa, 8 kwietnia 2020

Kosmetyki Mary Kay Time Wise

Kosmetyki Mary Kay Time Wise

Moja szczera opinia i efekty pielęgnacji na twarzy


Cały "cudowny zestaw" wraz z płynem trafiły w moje ręce na początku lutego. To znowu kosmetyki niezbyt popularne, bo niedostępne w drogeriach, a dostęp do nich zyskałam poprzez makijażystkę. Czy jestem zachwycona, bo zestaw jest cudowny? Przeczytajcie, a ja napiszę wszystko, co udało mi się zauważyć przez 2 miesiące stosowania.

twarz dziewczyny, dymek myśli z kosmetykami w środku

Znowu biorę się za coś, co ma dość zamknięte grono odbiorców i choć na stronie internetowej poznamy ceny wszystkich produktów, to nie kupimy ich tak łatwo. Umożliwi nam to tylko konsultantka, którą - dla ułatwienia - zasugeruje nam już strona, wyszukując najbliższej np. po kodzie pocztowym. Ja te kosmetyki "dostałam" w prezencie, nie zdążyłam zastanowić się na chłodno ani zrobić dokładnego researchu. Niestety.

Cudowny Zestaw Time Wise i Płyn Nawilżająco-Odświeżający Mary Kay oraz moja opinia o nich

Mój zestaw - jego nazwa to Cudowny Zestaw - składa się z trzech kremów - na dzień i na noc oraz pod oczy, mleczka - dość gęstej emulsji (Oczyszczające Mleczko 4w1 Age Minimize 3D™ TimeWise®) i Płynu Nawilżającego z kwasem hialuronowym.

Co jest w tych kosmetykach? Możecie o to zapytać, ale ja niestety teraz nie mogę stwierdzić, bo pudełek już nie mam, a składu nie da się znaleźć w oczywisty sposób w internecie. To w zasadzie powszechna praktyka wśród takich marek, dla mnie frustrująca. Od razu nasuwa mi się pytanie, czy mają coś do ukrycia...

Co do składów jestem pewna jednego - emulsja myjąca ma na drugim lub trzecim miejscu betainę kokamidopropylową, co czyni ją dość mocnym myjadłem - prawie na poziomie zwykłego żelu do twarzy. Krem na noc ma wysoko silikon, który niestety mi nie służy, a wszystkie sera nakładane pod niego są jakby neutralizowane przez to i dosłownie znikają. Brak nawilżenia!

Krem na dzień (stosowałam ten bez filtra, a teraz mam też ten z filtrem, bo przez pomyłkę dostałam ten pierwszy, a później wymieniłam) i on nie był taki zły. W samym wrażeniu "dotykowym" oba dość dobrze się rozprowadzały. Makijaż też raczej OK się na nich trzymał, ale nie maluję się zbyt często, ani nie mam problemów z utrzymywaniem na co dzień. Tak jak wiecie, na kremie do twarzy.

Krem z filtrem zostawia biały nalot (z filtra, to dość normalne) na dość długo, ale oprócz tego nie różni się wiele od zwykłego filtra. Niestety ani w kontekście nawilżania, ani świecenia. Przed urlopem kupiłam 50-tkę z SunOzon (polecam naprawdę) i 50 ml kosztowało mnie o wieeeele mniej niż 48g Mary Kay. Nie sądzę, że kosztował 4 czy 5 zł, jak to pokazują teraz na stronie, ale nawet gdyby kosztował 15, to mogłabym kupić 9 za jeden z MK. A ochrona o wiele wyższa.

Recenzja kosmetyków Mary Kay Time Wise


Oprócz cudownego zestawu i płynu nawilżającego stosowałam też przez około 2 tygodnie krem - uwaga - intensywnie nawilżający. Jego skład opierał się na wodzie (normalka), glicerynie, a następnie parafinie. Jak dla mnie spoko, moja twarz lubi się z parafiną, ale działanie nawilżające wydaje mi się dalece przereklamowane w tym wypadku, a cena... skutecznie odrzuca.

Dawno nic nie pisałam, ale również dawno nic mnie aż tak nie wkurzyło! Mimo najlepszych intencji - ze strony obdarowującego mnie, wspominanej makijażystki i nawet moich własnych wysiłków co do wiary w te kosmetyki, determinacji i stosowania ich w jak najkorzystniejszej konfiguracji - muszę to napisać. To nie działa. Naprawdę nie działa lepiej niż zwykły krem za 20 zł, np. z Bielendy.

Wszystkie składniki są tutaj w takiej ilości jak w kremach drogeryjnych. Choćby nie wiadomo jak cudowne, stężenia nie mogą być "działające", bo wtedy stają się potencjalnie niebezpieczne, a przecież są to kosmetyki do stosowania w domu. Cudowny resweratrol... dla mnie lepiej byłoby go przyjmować doustnie - przeczytajcie sobie na poradnikzdrowie o nim.

Mleczko podobno działa od razu jak tonik, ale przecież wszyscy wiemy, jak kończy się nieużywanie tonika. U mnie podobnie kończy się też używanie tych kosmetyków...

Kosmetyki z katalogu Mary Kay


Cudowny Zestaw Time Wise... No nie jest aż tak cudowny. Zwłaszcza jego cena. I tu niestety sprawdzają się te ostre opinie - kolejna "marka premium" z katalogowymi produktami, konsultantkami, świetnym marketingiem i wysokimi cenami niestojącymi w równowadze z jakością.

Uwaga, za zestaw plus wodę zapłaciliśmy 511 zł. Cena jak ze strony internetowej. Znalazłam konsultantki na OLX, za sam zestaw (oczywiście nowy) możemy zapłacić od 260 do 340 zł, to już daje duży obraz marży, jaką można na tym uzyskać.

Od razu przypomina mi się kolagen Souvre (na który nabrała się moja mama), FM (gdzie chemia domowa przynajmniej działa i nigdy nie kupiłam żadnego kremu) i AVON (gdzie ceny może i nie są wysokie, ale jakość... w przypadku wielu kosmetyków porównywalna do opisywanych).

Oczywiście, że znam też firmy, które podobnie funkcjonują i kosmetyki od nich działają, np. Frei Haut, o których pisałam już kiedyś w odniesieniu do mojej kosmetolog. Możecie poczytać o mojej cerze i problemach z nią okiem kosmetologa, jeśli chcecie wgłębić się w temat albo odświeżyć pamięć.

obraz skóry z lekkimi wypryskami na policzkach
skóra policzków z bliska
Dorzucam aktualne zdjęcie skóry na moich policzkach. I o ile bywało gorzej, to działanie cudownego zestawu niestety nie jest na tyle cudowne, żeby zapobiec ponownemu pogarszaniu. Możecie też zauważyć, że wiele miejsc wykazuje "suche skórki", których zwykle nie mam. Myślę, że powoduje to emulsja myjąca, która tak mocno mnie ściąga i ma za zadanie złuszczać. Przy delikatnej skórze nie do końca tędy droga.

Używałam kosmetyków Mary Kay od początku lutego, żeby sprawdzić, czy moja skóra lepiej zachowa się przy makijażu. Cel był dość jasny - piękny makijaż ślubny (widzicie go na zdjęciu okładkowym). Skóra miała za zadanie (wg pani makijażystki) wypić podkład. Wcześniej nie do końca dobrze przyjmowała totalnie wodoodporny, pancerny podkład. Czy ja uważam to za dobre właściwości skóry? Odpowiedź zostawię dla siebie.

Nawilżanie skóry twarzy kosmetykami Mary Kay? 


Jeśli macie cerę suchą, wrażliwą, naczynkową lub z trądzikiem różowatym - to z grubsza moja charakterystyka - to z Mary Kay Time Wise się nie polubicie. Ani skład, ani działanie (w przeciwieństwie do ceny) nie powalają. W odbudowie płaszcza hydrolipidowego nie pomogą, co najwyżej złuszczą.

Największy problem w makijażu twarzy był na czole, gdzie Sylwia - moja kosmetolog wspominana we wpisach wyżej, zawsze chwali najbardziej stan mojej skóry właśnie w tym rejonie. Jest tam trochę grubsza, nie taka czerwona i cienka. Pani makijażystka zaś podkreślała, że jest sucha i niezłuszczona, a przyszłam do niej 3 dni po kwasie w salonie. Zaczęła od nakłonienia mnie do peelingu i zrugała za to, że nie maluję się na co dzień... Ogólnie nie mogłyśmy się dogadać na pierwszym próbnym - ale chyba opiszę Wam to osobno.

Z makijażu wyszłam zapłakana i z torbą kosmetyków za gruby hajs. Używałam ich w domu i do czasu makijażu głównego cel został osiągnięty - 22 lutego podkład wyglądał lepiej - choć zastosowałyśmy bardziej nawilżającą mieszankę podkładów z odrobiną tego trwałego. Pod podkładem była zaś mocno nawilżająca baza i krem z parafiną.

Jakie są efekty tej pielęgnacji?


W tym czasie moja skóra dużo mocniej zaczęła się czerwienić na policzkach, znowu zrobiła się reaktywna, częściej pojawiały się wypryski na policzkach, a ja nie mogłam opanować uczucia suchości. Dodatkowo ja od początku stosowałam krem myjący 1 raz dziennie. Aż boję się wyobrażać, co by było ze mną, jakbym stosowała się do zaleceń pani konsultantki i używała tylko kremów i kosmetyków z MK.

Rozmowy i makijaże próbne utwierdziły mnie w tym, co pokazuje się w instagramowym świecie beauty i na jutubie. Uważam, że skoro cel makijażystek to cienka, napięta skóra, to wolę się nie malować, niż katować moją zbyt wrażliwą peelingami non stop, a o bezwzględnym zakazie tego procederu na mojej twarzy pisałam już podczas opisu mojej wizyty na konsultacji u kosmetologa.

Jeśli macie jakieś pytania czy uwagi, to chętnie Wam odpiszę. Mam nadzieję, że nie zlecą się tu żadne konsultantki, choć ja zawsze podkreślam - moje opinie są moje. Moja skóra jest wymagająca. Wszystkie preferencje indywidualne uważam za zasadne, aczkolwiek u mnie Mary Kay nie działa lepiej niż kremy drogeryjne i muszę to napisać, żeby ktoś robiący research dał radę się zastanowić poważniej.


Komu polecam pielęgnację Mary Kay?


Całkiem szczerze - osobom z dużym budżetem i niewymagającą cerą, tolerującą silikony.
Jeśli Wasza pielęgnacja zawiera sporo błędów, bo np. nie zmywacie płynu micelarnego i dostaniecie poradę od konsultantki, to wtedy przejście do odrobinę lepszej rutyny już dużo zmieni. Podsumowując, jeśli macie spory budżet, to wtedy... "Kto bogatemu zabroni"?

Jeśli jednak jesteś zdesperowana, jak ja, i szukasz czegoś, co Cię cudownie wyprowadzi... Nie licz na to z tymi kosmetykami. Za 500 zł zrobisz 3 wizyty na kwas w salonie, a profesjonalnego kosmetologa będę polecać zawsze.

środa, 27 marca 2019

Mycie włosów po hennie i szamponowy eksperyment

Mycie włosów po hennie i szamponowy eksperyment
Czasem nawet sama siebie zaskakuję. Niby tylko weszłam pod prysznic, żeby umyć włosy, a wzięłam ze sobą odżywkę... Wymasowałam w skórę głowy i zastanowiłam się nad swoim podejściem do mycia w ten sposób. Nad tym jakiej jeszcze bym chciała użyć... W całym moim zbiorze kosmetyków do włosów jest sporo pozycji, ale i tak wiem, że jak chce po coś sięgnąć, to na nic się nie decyduję, bo nie ma tam nic spektakularnego! Tym razem więc będzie o kosmetykowym chciejstwie i ulubionych rzeczach. Postaram się nie odbiegać od tematu i nie zajmować linijek procesem myślowym spod prysznica.


Ostatni miesiąc (jakiś miesiąc temu) lub nawet dłużej traktowałam swoją głowę mocnymi szamponami. Raz na jakiś czas pojawiła się odżywka.

Pierwsze mycie po hennie przeważnie powinno być później niż wcześniej, ale wyjeżdżam do rodziny i nie chcę myć włosów u nich na noc, bo pewnie skończyłoby się to pofarbowanymi ręcznikami i pościelą. Oczywiście to wszytko się spiera od razu i łatwo, ale to i tak obciach!
Teraz to mycie Vatiką (po dłuższym myciu mocnymi szamponami) okazało się dla mnie czymś szokującym! Włosy nagle stały się lejące, gładkie, łatwo rozczesujące - samymi palcami wręcz(!), a ja już chyba zapomniałam, jak to jest fajnie, gdy nie trzeba się siłować z kołtunami.

Wcześniej też nie rozczesywałam się na siłę, ale używałam serum silikonowego. Ono wygładza nawet po mocnym zmyciu włosów rypaczem. Nie będę ukrywać - jestem teraz na takim etapie, że próbuję się pozbyć i zużyć jak najwięcej kosmetyków, które już mam. Sporo wydałam koleżankom, kilka sprzedałam. Od ponad 3 miesięcy marzyłam o tym, żeby kupić sobie delikatny szampon z Ecolabu, a jednocześnie wmawiałam sobie, że go nie potrzebuję. Teraz myję nim (wersja czerwona) i ciągle jestem niezadowolona.

Kiedy tylko wchodzę do łazienki z zamiarem mycia głowy, to muszę się zastanawiać „czym umyję włosy tym razem”, bo nie mam takiego pewniaka, którym był dla mnie ten szampon. Ciągle myję głowę na zmianę odżywką i szamponem, łączę to ze sobą, zamieniam, raz stosuję jeden sposób, raz drugi. Można by powiedzieć, że ciągle eksperymentuję, ale tak naprawdę to to eksperymentowanie już dawno mi się znudziło. Moje włosy po Stanach były w jakimś takim kryzysowym momencie... (Chyba że to tylko moja psychika i pogląd na ich temat był w takim stanie...) Po obcięciu miałam chociaż ochotę na mycie :) One jakoś tak się wyprostowały i niczego nie było im trzeba, więc niczego im nie dawałam.


Po dłuższym czasie mycia samymi szamponami udało mi się je trochę przesuszyć. Teraz zrobiłam hennę, która też dołożyła jeszcze swoją cegiełkę i z martwych i prostych włosów, choć z objętością, wyłoniły się fale. Nie żebym narzekała, ale też już zapomniałam ile to zachodu w nakładaniu żelu, ugniataniu, a co najgorsze - suszeniu dyfuzorem. Jak ja tego nienawidzę! To chyba najgorsza czynność włosowa, jaką przyszłoby mi wykonywać, pewnie dlatego nie robię tego częściej niż w 2 razy do roku i to w porywach.

Co do mojego podejścia do kosmetyków... to jest taka prawidłowość, że nawet nie chce mi się sięgnąć po coś nowego, bo od razu zakładam, że nie dorówna czemuś staremu, co bardzo mi się podobało i co lubiłam. Mam tak właśnie w przypadku odżywek myjących... Wy już wiecie, że ja lubię te alkoholowe, no i dlatego głównie ostatnio nie myślałam o myciu odżywką - wszystkie jakie lubiłam najbardziej już wykończyłam, a zostały mi tylko jakieś zbyt treściwe lub na średnim poziomie działania (w mojej opinii). Morał jest jeden i tak chyba pozostanie już na zawsze: zamiast 10 przeciętnych, warto mieć 2 odżywki ale porządne.

P.S. Po miesiącu od napisania tego tekstu stwierdzam, że jak przez niego przebrniecie, to macie samozaparcie! Nie wiem, dlaczego nie opublikowałam go wcześniej. Może przeraziła mnie wizja redakcji, ale spostrzeżenia są tu jak najbardziej trafne. Wrócę do nich w czymś, co da sie czytać. Może jeden post o mojej skórze głowy przy obciętych włosach?

P.P.S. A jak u Was z tym dyfuzorem? Wiem, że dziewczyny z CGP kochają taki sposób suszenia, a ja jestem chyba niecierpliwa. Godzina z życia to dla mnie stanowczo za długo na włosy.

Polecany post

Szampon - jaki wybrać i jak go dobrać

Kompendium o skórze głowy Skoro wiele z Was nie stosuje metody CG (i ja w pełni rozumiem wskazania, które to wymuszają), a wszelkie pro...